piątek, 30 kwietnia 2010

Wywiady, autografy - Dzien 106

- Przepraszam pana, czy moglby pan ze mna chwile porozmawiac? - Zagadnal mnie chlopiec ladna poprawna angielszczyzna.
...
Wczoraj bylo piec godzin nieustannego marszu, dla profesjonalisty to nic, ale dla nas amatorow wielkie cos. A szczegolnie po miesiacu lezenia na plazy haha. Tak wiec dzis luzujemy sie.
Dlaczego nam sie tutaj tak podoba? Ludzie. Ciagle usmiechajacy sie, mili, pomocni, serdeczni, niesamowicie otwarci. Nikt nie probuje nas naciagnac na kase. Placimy tyle samo co miejscowi. No, moze czasami ktos chce zakombinowac, ale naprawde rzadko a my po Wietnamie szybko weszymy podstep;)
Inna sprawa, ze bialych turystow jest tu jak na lekarstwo. Nie ma tu nic stworzonego specjalnie pod bialasa. Wszystkie miejsca gdzie jadamy i chodzimy sa pelne tambylcow. Mozemy obserwowac codzienne zycie indonezyjczykow, co samo w sobie jest bardzo interesujace.
Smieszne jest to, ze co chwila spotykamy tych samych podroznikow. Wloszka spotkana w Medan cztery dni temu teraz mieszka w tym samym guesthousie co my. Dzis spotkalismy francuza, ktory jechal z nami do Bukit Lawang, byl tam na czterodniowym trekingu po dzungli. Koles naprawde hardcorowy, ma pasje. Wlasnie zszedl z wulkanu (wyruszyl o 4 rano) do miasta, byl razem z przewodnikiem, ktory chyba biedaczek, bo spocony caly, francuz go przegonil haha;) Pogadalismy o podrozach, jak to apetyt nigdy nie ustaje, ze nigdy dosc. Zyczylismy sobie powodzenia w dalszych wojazach i do zobaczenia gdzies na szlaku. Pozytywna postac.
Inna ciekawa rzecza jest to, ze mniej wiecej polowa spotkanych na trasie bialasow eksplorujacych Sumatre to samotnie podrozujace kobiety. My podziwiamy je za odwage i vice versa:)
Zwyczajowo udajemy sie na lokalny targ. Funduje sobie klapki typu dzizys, inaczej mowiac japonki, poprzednie poszly sobie gdzies a sandaly jednak nie sa dobre w tropiki. Nie wiem od czego to zalezy, chyba od ilosci opadow, ale papaya i ananasy sa tu ogromne! Duzo wieksze niz w Tajlandii. Zakupilem dzis jednego papaya, do tego arbuz, wielki kawal ciasta w rodzaju piaskowca i podwieczorek gotowy:) Skonsumowany na tarasie z widokiem na dachy Berastagi.
Spacerujac sobie bocznymi uliczkami zostajemy dwukrotnie zaczepieni przez dzieciaki. Czego chca? Zrobic wywiad. Ladna angielszczyzna zadaja pytania, skad jestesmy, ile mamy lat, gdzie sie urodzilismy, jakie jest nasze hobby itp. Nagrywaja wszystko na dyktafon i spisuja w zeszytach. Jest kupa smiechu, bo chca zebym zaspiewal piosenke. Na koniec wspolna fotografia. Po co to wszystko? Zadanie domowe od nauczyciela angielskiego. Imponujaca sprawa. Ja majac 10 lat nigdy w zyciu nie podszedlbym do zagranicznego turysty. Widac jest tu ogromny nacisk na nauke jezyka. Zeby tak bylo w naszej ojczyznie, na poczatek pominac gramatyke i mowic, mowic, mowic. Bo przeciez to wlasnie jest jezyk obcy.
Jeszcze jedno. Zielono tu. Zielen dzungli, bambusow i innych zarosli wprost poraza swa soczystoscia. To trzeba zobaczyc:)

PS. Dziekujemy za wszystkie mile komentarze:))) Wedlug naszych obliczen jest to siodmy tydzien:)

3 komentarze:

Galford pisze...

To trzeba sprawdzić co robiliście te 49 dni temu i gdzie byliście ;), przynajmniej będziecie wiedzieć gdzie było poczęcie ;)

Galford pisze...

Obstawiam ten dzień ;) "Zimno okrutnie - Dzien 56"

http://maniekdorotka.blogspot.com/2010/03/zimno-okrutnie-dzien-56.html

Zimno było i trzeba było się ogrzać :D hahahahaha

Honia pisze...

Maniek,
to gdzie teraz stacjonujecie?
Narobiłeś mi apetytu na tego ananasa...
Bo tak w ogóle my już ustawiamy sobie kolejną wyprawę....Tym razem z Maćkiem :).
Chyba stało sie trochę tak jak z Wami; posmakowaliśmy i...nie da rady: musimy wrócić, zobaczyć więcej, chłonąć jeszcze....


Btw: A Wiesia dziś mi napisała, że ją skusiliście Sumatrą.....
Kusiciele!

Prześlij komentarz