niedziela, 28 lutego 2010

Zakwasy i bol ciala - Dzien 46

Dzis powloczylismy sie zolwim tempem po okolicy, nic nie robiac. Jestesmy cali obolali, ale po wczorajszym nalezy nam sie odpoczynek. Czas spozytkowalismy na planowanie dalszej podrozy, o szczegolach bedziemy pisac na biezaco:) Jutro rano tzn o 11.30 bus zabiera nas do Bangkoku.
PS. Specjalny buziak urodzinowy dla Mamy G.

Wodospady Erawan i jaskinia Pra That - Dzien 45

Alez dzis byla przygoda, ale moze wszystko po kolei:) Zaraz po sniadanku ruszylismy na stacje autobusowa. Stamtad pojechalismy do wodospadow Erawan oddalonych od Kanchanaburi o 80km. Pisze wodospadow, bo jest ich siedem poziomow, wielkich kaskad wodnych i tarasow z przezroczysto-zielonkawa woda. Z wywieszonymi ozorami doszlismy na sama gore. Dokonalismy tego w klapkach:) Co uwazam za niezly nawet wyczyn;) Na siodmym poziomie postanowilismy wziac kapiel w lodowatej wodzie, po takim marszu w upale pod gore byla to sama przyjemnosc. Sceneria jak z bajki, pieknie:))) Nasz Titosz, choc wargi trzesly mu sie z zimna, to nie chcial wyjsc:))) Bylo dosc sporo ludzi, bo tajowie wybieraja to miejsce na weekendowy wypoczynek.
Okolo 12km od wodospadow znajduje sie jaskinia Pra That, taksowkarz, z racji tego, ze nie ma tam komunikacji publicznej, zaspiewal sobie 600B, wiec zasmialismy sie tylko i poszlismy przed siebie. Bo my oczywiscie najmadrzejsi, facet mowi, ze to wysoko w gorach, ze droga zla itp. I tu sie zaczela zabawa w lapanie stopa:) Do glownej drogi podwiozl nas woz policyjny. Pozniej zabrala nas tajska rodzina. Facet podwiozl nas swoim pickupem 10km, ale jakie 10km! Jechalismy okolo 40 minut, czesto po 10km/h, po dziurach, stromo pod gore, szybciej juz bym tam wbiegl... Wtedy przypomnielismy sobie slowa taksiarzy. No wiec jechal ten dobry czlowiek taki kawal specjalnie dla nas i nic pozniej nie chcial w zamian, naprawde dobrzy ludzie sa jeszcze na tym swiecie. Nawiasem mowiac bylo to malzenstwo z trzyletnia corkeczka, wiec znow nasz syn nawiazywal miedzynarodowe znajomosci. Dziewczynka powtarzala po Maksiu polskie slowa i na odwrot:) No wiec jak juz wysadzili nas trzeba bylo jeszcze z pol godziny pomaszerowac. Robilo sie juz cieplo, bo jakinia podobno otwarta jest do 16.00 a byla juz 15.50. Te ostatnie dwa kilometry prawie bieglismy polna droga. Ale dotarlismy jakos. Ale niee... nie byl to koniec naszego marszu, bo trzeba bylo jeszcze zapierdzielac 15 minut schodami ostro pod gore... Dorotka miala mroczki przed oczyma a ja bylem caly zlany potem - doslownie.
Jaskinia Pra That jest piekna, ogromna, majestatyczna i zadziwiajaca. Bylo to warte takiego wysilku. Przewodnik tez dobry czlowiek, pomimo, ze bylo juz po 16 zapalil lampe naftowa i oprowadzil nas po jaskini.
Okolo 17 znow zlapalismy stopa, i to jakiego! Rodzinka tajska zabrala nas na pake. No i te kamienista i wyboista droga zjezdzalismy w dol, w wielkich tumanach kurzu, podskakiwalismy tak, ze nas tylki bolaly. Tak oto dotarlismy do drogi glownej. Wedlug moich informacji ostatni autobus do Kanchanaburi odjezdza o 18, ale nie... miejscowi szybko wyprowadzili nas z bledu. Ostatni odjechal o 16.00... no wiec czekamy na glownej drodze z wyciagniete reka.. w przeciagu jednej minuty zatrzymal sie pickup i zabral nas na pake (huraaa!). I tak dotarlismy juz spowrotem do Kanchanaburi. 80km jazdy na pace, droga szybkiego ruchu, super sprawa, goracy wiatr owiewal nas okrutnie a Maksio zasnal sobie w objeciach Dorotki. Nie wiem skad, ale kocham cos takiego, twardo w tylek, dupa boli ze hej, niewygodnie, ale moge tak jechac godzinami. Ma to swoj niepowtarzalny urok. Dorotka rowniez byla w siodmym niebie:)))
To byl jeden z lepszych dni jak dotad, sponiewieralismy sie niesamowicie, bo tempo marszu mielismy spore, ale bylo super:)))

























sobota, 27 lutego 2010

Tyle lat juz minelo... - Dzien 44

Dzis wstalem o 5.30 zeby bus o 6 rano zabral mnie do Bangkoku, a pozniej kilka stacji skytrain i juz bylem w ambasadzie. Odebralem nasze paszporty z wizami do Wietnamu. W sumie tego dnia przemierzylem samotnie ponad 250km, kiedys taka odlegosc byla dla mnie koncem swiata, a teraz? Taki maly wypad... Postrzeganie swiata zmienilo mi sie diamatralnie.
Rowno 28 lat temu w warszawskim szpitalu wyklulem sie na ten swiat. 10 lat temu nie smialbym nawet marzyc, ze swoje 28 urodziny bede obchodzil w Azji Poludniowo-Wschodniej. Na urodziny zwykle zyczy sie spelnienia marzen, a moje wlasnie teraz sie spelniaja. Jestem szczesliwy:)
PS. Aniu i Haniu, dziekuje bardzo za zyczenia!!! Posylam ogromnego buziaka! Maksio napewno tez:)))

czwartek, 25 lutego 2010

Tym razem bez tytulu... - Dzien 43


Podroz z Bangkoku do Kanchanaburi:



World War II & JEATH War Museum:



Most na rzece Kwai:


środa, 24 lutego 2010

Most na rzece Kwai - Dzien 42

Najpopularniejsza ulica podroznikow, Khao San Road w Bangkoku, skupisko dziwakow, handlarzy, snowbow i ludzi choinek. Mozna tu kupic przerozne rzeczy, od paszportu i prawa jazdy przez ciuchy po muzyke na ipoda, oczywiscie wszystko "legalnie". Tajowie zepsuci pieniadzem bialego czlowieka, bezczelni w swoim naciaganiu rozrzutnych turystow. Ja sie pytam o cos a oni jakby nie slyszac gadaja swoje "kup to!", "pojedz ze mna!", "tam nic nie ma, wejdz do mojego sklepu!". Taksowkarz nie chce zabrac Cie, jesli nie zgodzisz sie na kwote rzucona przez niego. Ciezko cokolwiek utargowac. Dzikie tlumy bialych turystow przechadzaja sie w te i nazad kilkaset metrow czyli na dlugosc ulicy (bo dalej juz nie pojda). Siedza sobie w barach Ci fajni wyluzowani ludzie, pomiedzy innymi fajnymi wyluzowanymi ludzmi ubranymi obowiazkowo w kupione przed chwila fajne wyluzowane luzne ciuchy. I fajnie jest. Ale nie dla nas. My chcemy zobaczyc co innego, a przynajmniej sprobowac. Poza tym nie mamy ochoty siedziec w wielkiej metropolii przez tyle czasu, gdy dookola jest tak wiele pieknych miejsc. Rowniez ze wzgledu na Maksia, wyjezdzamy na prowincje;)
...
Jest poludnie, siedzimy na stacji kolejowej Thonburi, by pociag zabral nas do Kanchanaburi, gdzie znajduje sie legendarny most na rzece Kwai. Tam planujemy spedzic pare dni, bo nie chce czekac nam sie w Bangkoku na wize wietnamska. Wlasnie, 2 marca rano wylatujemy do Hanoi. Kupilismy juz uzywany przewodnik Lonely Planet (gdzie? na Khao San Road rzecz jasna:) i bedziemy obczajac co robic w Wietnamie przez nastepny miesiac.
No wiec jestesmy juz porzadnie uchachani, jedziemy pociagiem 3-cia klasa posrod miejscowych. Maksio biega po calym wagonie strzelajac te swoje minki, wszyscy sie smieja:) Nasz syn ciagle dostaje jedzenie i picie, a najlepsze jest to, ze nie mamy pojecia co to jest i jak smakuje. Chyba ze nam jakis ochlap przyniesie a my kosztujac mowimy "o boze, jakie to pyszne!".
Przewodniki zachecaja do jazdy tym wlasnie pociagiem 3-cia klasa, ze jest to niezapomniane przezycie, najbardziej podly standard, najnizsza klasa, taki folklor, ale autor przewodnika nie byl chyba w kraju nad Wisla. Powinno sie w takim razie polecac rowzniez pociagi podmiejskie w Polsce. Standard bardzo podobny z ta roznica, ze tu jest czysciej.
Jesli chodzi o nasze preferencje to nam najlepiej podrozuje sie pociagiem wlasnie:) A ten teraz co nim jedziemy jest ekstra, wolno jedzie posrod pieknych krajobrazow, a Maksiowi sie przysnelo od tego stukotu.
...
Juz dotarlismy na miejsce, mamy pokoj z widokiem na rzeke Kwai:) Jest bosko:)

wtorek, 23 lutego 2010

Hello Bangkok - Dzien 41

Pociag przyjechal o 6.40, wiec doczlapalismy sie jakos. Stolica Tajlandii przywitala nas cieplym porankiem. Wzielismy pokoj w Sitdhi Guesthouse, i od razu ruszylismy na miasto - trzeba bylo zlozyc wniosek o wize do Wietnamu, do odebrania w piatek. Nastepnie odwiedzilismy wielkie centrum handlowe. I tutaj niespodzianka! Za trzy dni obchodze urodziny, wiec z tej okazji Dorotka kupila mi netbooka, ochrzcilismy go Benek (od marki Benq, oryginalnie, co?;)
Narazie to tyle, musimy zaplanowac co robic przez nastepne dni:)))

Spadamy stad - Dzien 40

Cudownie nam sie tu opala i kapie w tych rajskich widoczkach, ale czas na nas. Z samego rana wyruszylismy znow dalej na ponoc, kierunek Surat Thani.
Jak juz pisalem wczesniej lepiej wiemy czego chcemy, malo rajcuja nas miejsca typowo turystyczne, w miare mozliwosci bedziemy starac sie od takich stronic. Pomijajac rozne inne aspekty, chodzi tez o finanse. Oto przykladowe zestawienie cen: Songkhla / Koh Lanta:
- klapki japonki flip-flop typu dzizys 39/200
- nocleg 180/500
- godzina internetu w kafejce 10/60
- lopatka i wiaderko dla dziecka 40/150
- wisiorek na szyje 10/150
- nalesnik z bananem 15/30
- benzyna u sklepikarza w butelce 25/40
A pamietajmy, ze sa miejsca bardziej turystyczne typu Phuket czy Koh Phi Phi. Przy pobycie dwutygodniowym roznice te nie maja wiekszego znaczenia, bo i tak jest wzglednie tanio. Jednak przy kilku miesiacach koszty zwiekszaja sie kilkukrotnie.
Tak sobie wczoraj poznym wieczorkiem popijalismy piwko Leo, nawiasem mowiac duzo lepsze od Chang. Jedzac tajskie smaki chipsow Lays doszlismy do wniosku, ze czas plynie za szybko. To juz 40 dni w podrozy a nam apetyt rosnie w miare jedzenia. A budzet i czas mamy ograniczony.
I znow czas na male podsumowanie naszych dotychczasowych osiagniec:
- zero pracy
- zero zmywania
- zero gotowania
- zero sprzatania
- zero prania
- zero marzniecia na mrozie

Chcialbym jeszcze slow kilka o synu naszym. Od czasu gdy jestesmy nonstop razem nauczyl sie wiele. Zmienil sie bardzo. Zna wiele nowych slow, wie co one oznaczaja. Mozna sie z nim normalnie dogadac. Mowi tak i mowi nie. Gdy wyjezdzalismy byl malym dzidzia w wozku, teraz jest juz malym chlopcem, ktory sam mowi do ludzi "hello!" i podaje dlon albo sklada raczki i wita sie tradycyjnie po tajsku mowiac przy tym nieporadnie i slodko "kap!" Jest taki radosny jak nigdy, ciagle sie smieje:) Sam zaczepia ludzi, taki maly czarus z niego:) Naprawde dumni jestesmy z tego malego Titoszka:)))
Skoro mam wene tworcza to zamieszczam maly apel do rodzicow zabierajacych swoje pociechy w cieple kracje. Ubierajcie dzieci tak samo jak siebie! Pelno tutaj ludzi w samych gatkach, podczas gdy dzieciaki mecza sie w plastikowych kostiumach - dlugie nogawki i rekawki, do tego czapka z lajkry zakrywajaca czolo, uszy i plecy. Policzki az rozpalone od przegrzania, i tak caly dzien! Jak tak mozna?! Niech sami zaloza takie cos i biegaja po plazy w upale... A przeciez mozna rozebrac do golasa, posmarowac 50-tka, ubrac lekka bawelniana czapke i pozwolic pochasac troche na sloncu (nie caly dzien!). Nasz Maks nigdy nie mial oparzenia slonecznego ani potowek. Wystarczy dotknac plecy dziecka by stwierdzic, czy potrzebuje ochlody czy ogrzania. Troche wyobrazni potrzeba, a niektorym to ciezko chyba wlaczyc funkcje myslenia.
...
Z pamietnika podroznika;)
Dojechalismy juz do Surat Thani, jest 18.30, czekamy na dworcu na pociag nocny do Bangkoku. Lezka kreci sie w oku, bo trzy lata temu bylismy dokladnie w tym samym miejscu. Widzielismy Queen Hotel w ktorym spalismy jedna noc i uliczny bar w ktorym niegdys jedlismy kolacje. Nic sie tu nie zmienilo. Wtedy nawet nie wyobrazalismy sobie, ze za trzy lata bedziemy tu znow, i to z takim malym brzdacem. Wzruszylismy sie, naprawde:)
...
Stuk puk, stuk puk. Z wrazenia pewnie znow dlugo nie zasne;) Lezymy sobie juz, jest 21.30 (w Polsce 15.30). Maksio z Dorotka spia na kuszecie obok. Lubimy tak sie bujac, jechac przed siebie, tak po prostu. Wiemy, gdzie jedziemy, ale mamy poczucie czegos nieznanego przed nami. Taki smaczek przygody:) Planowo przyjazd na 6.05 rano do Bangkoku. Ciekawe czy bedzie punktualnie, bo pociagi tu maja tendencje do opoznien. Narazie to tyle...
Dobranoc:)

niedziela, 21 lutego 2010

Maksio polubil wode - Dzien 39

sobota, 20 lutego 2010

Na zewnatrz tacy sami... - Dzien 38

Niemal wszystkie dziewuchy maja tu takie ladne biale zwiewne sukienki albo bluzeczki, co by to bardziej nikla opalenizne podkreslic. Dorotka tez takie cos chciala, ale juz nie, po co wygladac tak jak wszyscy? Najlepsze jest to, ze moja Kobieta w krotkiej spodniczce i bluzce na ramiaczkach czuje sie tutaj jak dziewica zakonnica, bo bialaski chodza w samych strojach kapielowych. W tym samym ubraniu, tyle ze w Songkhla czula sie jak dziwka z Bangkoku. Bo wszystkie takie poubierane byly...
Tak sobie chodzimy, biali posrod bialych, ale juz czujemy sie jak odmiency, my tu nie nalezymy... Oni wszyscy zaraz wroca do swoich domow. A nasz swiat jest tu i teraz. W nieustajacej podrozy. I niczym sie nie wyrozniamy, pelno tu rodzin z malymi dziecmi. A wozek z dwulatkiem widzimy co chwila.
Zeby to zobrazowac opisze pewna sytuacje. Na wstepie powiem, ze bardzo czesto zywimy sie w restauracjach europejskich, ale rownie czesto jemy tam gdzie miejscowi, mniej wiecej pol na pol. No wiec chcielismy cos zjesc, idziemy glowna ulica i rozgladamy sie za czyms ciekawym. Po jednej stronie ulicy jest mnostwo barow i restauracji pelnych turystow. Po drugiej stronie prawie nic, zarosla jakies tylko, jednak za chwile ukazuje nam sie maly skromny bar gdzie siedzi kilku tajow. Ucieszeni wiec kierujemy tam swoje kroki. Wlasciciel przyjal nas dosc niemilo, moze pomyslal ze zblazowani turysci maja jakas fanaberie albo lokale im sie pomylily. Jednak gdy zobaczyl, jak zajadam z Maksiem zupe z kurczakiem i makaronem uzywajac paleczek i specjalnej krotkiej lyzki to rozchmurzyl sie, zaczal sie smiac i zrobilo sie bardzo sympatycznie. A przeciez my od poczatku zywimy sie w takich barach, a tutaj widocznie turysci nie odwiedzaja takich knajpek.
A jak wyglada to miejsce, gdzie teraz jestesmy? Oczywiscie upal, raj, plaza, super i w ogole. Ale mi chodzi o ludzi. Tajow jest tu jak na lekarstwo, sa tu tylko w pracy zeby uslugiwac turystom, taksowkarze, sprzedawcy, kelnerzy itp. Nie ma tu Swiatyn, tylko ekstra eleganckie drogie hotele rozciagniete wzdluz plazy. Do tego cala masa sklepow, restauracji, kafejek, barow, biur podrozy. Nie tu zwyczajnego tajskiego zycia. Podobno w kwietniu, czyli po sezonie zywej duszy tu nie ma.
My nie zabawimy tu dlugo, po pierwsze takie miejsca nie sa dla nas, a po drugie nie stac nas na to, zeby zostac tu dluzej. Dobrze, ze tu przybylismy. Mamy teraz porownanie. Lepiej wiemy czego chcemy:)
Maks macha wszystkim, ale malo kto mu odmachuje. Smutne to dla nas... Myslelismy, ze nasz syn bedzie mial sie z kim bawic na plazy, a tu zonk. Wszystkie dzieciaki gdzies sie pochowaly, przechadzaja sie po ulicy z rodzicami, ale na plaze juz nie zagladaja. Pochowali sie chyba po tych resortach.
Poza tym strach przechodzic tu przez ulice, bo sami biali jezdza na motorach, a my ludzie z Europy nie mamy tego specyficznego wyczucia ruchu drogowego;) No co, sam sobie bym nie ufal;)

piątek, 19 lutego 2010

Krajobraz jak z pocztowki - Dzien 37

Przezroczysta nieruchoma tafla cieplej wody. I w tej wodzie jak z obrazka taplamy sie my. Tak bedziemy spedzac czas przez najblizsze cztery dni:)))

Bialasy posrod bialych - Dzien 36

Wesoly autobus zabral nas do Hat Yai. Teraz jedziemy minibusem w kierunku Krabi, pozniej przesiadka i juz prosto na wyspe. Jednak nie jestesmy stworzeni do siedzenia w jednym miejscu, po 18 dniach spedzonych w Songkhla czas ruszyc dalej.
...
Takie rzeczy moga zdarzyc sie chyba tylko tutaj. Jedziemy juz nastepnym minibusem. Jak odbyla sie wyzej wspomniana przesiadka? Kierowca krzyknal nagle:
-Lanta! Lanta! - Zatrzymujac sie raptownie.
Mielismy kilka sekund, zeby zabrac wszystkie swoje klamoty i przebiec na druga strone ruchliwej autostrady do czekajacego specjalnie na nas busa. Pozniej czekaly nas dwie przeprawy promem, zeby dotrzec na wlasciwa wyspe.
Tak oto po calym dniu jazdy znalezlismy sie na turystycznej Koh Lanta. Dziwnie sie czujemy, sami biali, jak w Europie. Tajowie mowia po angielsku i maja kamienne twarze bez usmiechu. Wszystko skrojone pod turyste, czyli turystyka na calego. Przeciwienstwo tego, do czego juz zdazylismy sie przyzwyczaic.
Przybylismy tu gdy juz zapadl zmierzch, wzielismy wiec pierwszy z brzegu nocleg. Trafilo nam sie full wypas. Idziemy spac. Jutro w swietle dziennym ujrzymy te ponoc piekna wyspe:)

Zegnaj Songkhla - Dzien 35

Dzis jestesmy tu ostatni dzien. Jutro skoro swit... Nie no bez przesady, nie az tak wczesnie. Po sniadanku jakos wsiadamy w autobus jadacy do Hat Yai, a potem kierunek Koh Lanta. Podobno ladnie tam:)
W Songkhla zylo nam sie bardzo dobrze, nigdy nie spotkala nas zadna forma agresji, wrecz przeciwnie. Wiele osob zaprzyjaznilo sie z nami, zatrzymywali sie zeby porozmawiac mimo bariery jezykowej. Samochody i motory zawracaly z drogi, byleby tylko pomachac i powiedziec nam "hello!". Panie w restauracjach zawsze wiedzialy co lubimy. Na plazy z daleka widziala nas sprzedawczyni owocow i kokos juz czekal otwarty ze slomka w srodku:) Nie bede juz wspominal ile Maks dostal prezentow, jak byl wycalowany i wyglaskany. Poza tym od tajow emanuje spokoj i cieplo. Sa radosni, pogodni. Wiemy, skad sie wzielo stwierdzenie "kraj ludzi usmiechnietych".
To wszystko byly bardzo mile gesty, przez co Songkhla zostanie w naszych sercach na dlugo:)
Podsumowanie wydatkow i kosztow zycia tutaj napisze w innym, oddzielnym poscie.
Po prawie trzech tygodniach mieszkania w Songkhla moge pokusic sie o pewna obserwacje. Przecietny bialy mieszkaniec (spotkalismy ich kilkunastu) jest facetem po 40-stce z Europy, ma zone azjatke i malutkie dziecko. A w swoim poprzednim mlodszym zyciu ma dorosle juz dzieci na starym kontynencie. Mieszkaja w apartamentach, maja dobra prace i zarobki europejskie. Czuja sie chyba troche figo-fago, przechadzaja sie wyprostowani po okolicy i generalnie bujaja sie. Ojcami sa troskliwymi, bo czule i dobrze zajmuja sie swoimi mieszanymi pociechami. W druga strone to znaczy europejka i taj zjawisko nie wystepuje.
Na przyklad taki spotkany francuz, we Francji ma dwojke doroslych dzieci. Tutaj na miejscu zone wietnamke, 7-letnia dziewczynke i 10-cio miesiecznego synka. Koles bardzo mily i zawsze usmiechniety, co chwila spotykalismy go i zawsze fajna gadka szmatka.
Zjawisko to nazwalismy "druga mlodoscia mezczyzny":)
Napewno nasze wrazenia sa bardzo subiektywne, aczkolwiek staramy sie obserwowac i nie oceniac, kazdy zyje jak chce:)

wtorek, 16 lutego 2010

Domki na palach - Dzien 34

Dzis dosiedlismy znow naszego rumaka i pognalismy przed siebie. Czarno-czerwona Honda poniosla nas droga przez most laczacy staly lad z wyspa Koh Yor. Jazda skuterem sprawia nam gromna frajde i po prostu gnalismy przed siebie. Wjechalismy wglab wyspy zeby znalezc sie na totalnej prowincji. Kreta droga posrod soczystej zieleni i lokalnych zabudowan prowadzila nas coraz dalej. Raz na jakis czas maly slalom fundowaly nam sieci porozkladane na asfalcie rozsiewajac won zdechlej ryby i mulu.
My jak to my postanowilismy cos przekasic;) Padlo na mala restauracje nad brzegiem morza. Cos nas zaczarowalo, to miejsce, jak z obrazka. W cieniu palm, sluchajac szumu wody podziwialismy rybakow jak rozwieszaja sieci pomiedzy palami wbitymi w dno. W tle plynela cicho tajska muzyka i do szczescia nic nam juz nie bylo potrzebne. Kelnerki chcac nam jeszcze bardziej umilic ten czas zmienily nagle nastroj na bardziej romantyczny puszczjac zachodnie rzewne kawalki. Bo nasze Walentynki trwaja caly rok:)
Przy brzegu staly zacumowane dlugie lodzie, a niektore z nich lawirowaly miedzy prowizorycznymi domkami oddalonymi od brzegu o dobre kilkadziescia metrow. Ogromne sieci rozwiniete na morzu, wysokie i szerokie, a pomiedzy nimi plywajace dlugie czolna. Takie rzeczy widzielismy kiedys na kanalach przyrodniczych w telewizji, ale nigdy na wyciagniecie reki!
Obsluga nie znala ani slowa po angielsku, wiec po paru minutach jezyka migowego dziewczyny postanowily zadzwonic po pomoc. Dostalem telefon do reki i zlozylem zamowienie, ktore za chwile zostalo przetlumaczone z angielskiego na tajski. Byla przy tym kupa smiechu;)
Zjedlismy dwie smazone ryby i jedna gotowana, do tego oczywiscie ryz i surowka. Byly to najpyszniejsze ryby na swiecie i najlepiej jak do tej pory spedzony czas. Magiczne miejsce gdzie nie ma szans dotrzec tygodniowy turysta z pakietem all inclusive.
Tak nam tu dobrze:)))

Brak weny tworczej - Dzien 33

Jak wyzej w temacie...

niedziela, 14 lutego 2010

Polak maly je kartofle - Dzien 32

I to jak sie nimi zajada! Jedzenie tajskie jest pyszne, ale od czasu do czasu lubimy zjesc kawal miesa i puree ziemniaczane, szczegolnie Maksio. Zeby cos takiego skonsumowac trzeba udac sie do jednej z dwoch zachodnich restauracji (te o ktorych wiemy). A ja znowu o jedzeniu, oj nieladnie, przeciez dzis dzien zakochanych! Pare godzin temu zdalismy sobie z tego sprawe, dalismy sobie po buziaku i jest ok. Kazdy dzien naszej podrozy jest tak piekny, ze w ogole zapomnielismy o Walentynkach. Naszym prezentem sa paromiesieczne wakacje haha;)
Zwyczajowo juz przechadzamy sie deptakiem wzdluz plazy Samila, jest wieczor a znad morza wieje cieply wiatr. Maks zaciecie uprawia jogging przed snem. Z okazji Walentynek i Chinskiego Nowego Roku zjechalo sie tu kilkaset samochodow i skuterow czyli, nieklamiac, kilka tysiecy ludzi. Co drugi samochod moglby posluzyc za wyposazenie dobrej dyskoteki. Kolorowe swiatelka, bas poruszajacy wnetrznosciami. Co kazde auto to inna muzyka. Gwarno, tloczno i super zabawa. Folklor na calego:)
Generalnie jestesmy juz ogarnieci, nasze umysly dopasowaly sie do sytuacji nierobstwa i braku obowiazkow. Nie wiem jak bedzie w druga strone, gdy za pare miesiecy powrocimy do poprzedniej rzeczywitosci. Lecz narazie nie zaprzatamy sobie tym glowy, bo i po co?:)

Szczesliwego Nowego Roku! - Dzien 31

Znow zrobilam Mankowi wolne od pisania bloga, teraz to ja napisze pare slow:)
Od rana trwaly przygotowania do Chinskiego Nowego Roku, choc uroczystosci odbywaja sie od wielu dni to 13 i 14 luty to ten najwazniejszy czas. Pierwszego dnia sa modly (picie i zarcie-jednym slowem impreza) a drugiego tajowie wyruszaja na zakupy. Tak wiec od rana slychac bylo wybuchy, sa to cale zwoje krotkich petard, ktore zawieszaja przed domami i odpalaja wlasnie rano. Z wszystkich stron slychac bylo serie jak z karabinow maszynowych. Musze wspomniec tez o wystroju ogrodow, bram do domow i pomieszczen. Wszedzie porozwieszane sa lampiony, transparenty " happy new year" itp. Kroluje kolor czerwony. Potem nastepuja przygotowania do wyzerki. My zostalismy zaproszeni na impreze do naszych wlascicieli hotelu do ogrodu. Stoly uginaly sie od jedzenia i atmosfera byla super. Maksio mial adoratorow, opiekunow, kazdy chcial sie z nim bawic i zajmowac sie nim. Byl w siodmym niebie a i my mielismy caly wieczor wolny :)
Poza tym nasz hotel z reguly jest pusty, ale od jakiegos czasu naszymi sasiadami jest para niemcow. Bardzo pozytywni ludzie, na oko wygladaja na 70 dych. Podrozuja wedlug przewodnika, ktory od dobrych paru lat jest nieaktualny ale co tam :)
Korzystajac z sytuacji, ze ja pisze posta moze dodam pare slow o Maksiu. Nasz syn zostanie chyba maratonczykiem... Codziennie przebiega conajmniej z 2 km i jak tak biegnie przed siebie to po jakims czasie chcemy go wlozyc do wozka, ale on sie wscieka i caly wygina. Puszczamy go wiec a on biegnie jak w transie i cieszy sie :)
Dodam tez, ze Maksio wody boi sie jak ognia i zaciagnac go do morza jest bardzo trudno. Pomimo iz kupujemy mu rozne zabawki (ostatnio wypasiona kaczke-kolo do plywania z dwoma dziurami na nogi)najlepiej czuje sie na suchym piasku. Jesli ma ktos pomysl jak to zmienic to czekamy na propozycje.
Uporalismy sie w koncu z katarem, ktory przyplatal sie jeszcze w KL. Nie moglismy sie go pozbyc pomimo lekow z apteki. Dopiero w Hat Yai poszlismy do kolejnej apteki i farmaceutka zrobila wywiad i odrazu stwierdzila, ze to infekcja i przepisala odpowiednie leki. Cieszymy sie, ze w koncu Maksiu nie jest zasmarkany i zapyzialy ;)
Ogolnie zycie plynie na luzie. Spedzamy sobie czas bezstresowo:)

sobota, 13 lutego 2010

Bo ja chce byc bialy - Dzien 30

Na polkach sklepowych, na bilboardach, w czasopismach... Slowem wszedzie sa reklamy kremow i balsamow wybielajacych cialo. Nawet na plakatach reklamujacych zupelnie cos innego azjatki sa bielsze niz smierc a spikerka w wiadomosciach jest blada jak sciana. Ciekawa sprawa, bo my opalamy sie jak szaleni a tajowie chodza pod parasolami lub siedza w cieniu. Na dziale kosmetycznym pelno jest Nivea Man Whitening, Snow White, White Power, czy White Care. Wlasnie, bo to nie tylko dla kobiet. Faceci tez chca byc biali.
U kobiet o wyzszym statusie majatkowym jasne, prawie biale jest cale cialo, to jest tzw wersja "posh". Bo te kremy tanie nie sa. Natomiast wersja dla ubogich obejmuje tylko posmarowanie twarzy, cos jak nasze rodzime kolezanki, ktore nakladaja zbyt duza ilosc samoopalacza, tylko ze odwrotnie. U nas w Europie sa solaria a tutaj sporo ludzi chce byc biala. Jestes czarny chcesz byc bialy. Jestes bialy chcesz byc czarny. Naprawde zadziwiajace.
Po ukradkowych spojrzeniach na ulicy wydaje nam sie, ze cieszy ich fakt, iz nasza skora jest czesto ciemniejsza niz ich. A nas cieszy to, ze jestesmy juz prawie jak murzyny. I wszyscy sa szczesliwi.
Zmieniajac temat. Jako, ze Songkhla nie jest miejscem turystycznym, nikt nie traktuje nas tu jak chodzace bankomaty a usmiechy sa szczere a nie typu "usmiecham sie i jestem mily, kup drogo badziewie w moim sklepie a potem mam cie gdzies" Na poczatku, nauczeni wczesniejszym doswiadczeniem bylismy nieco podejrzliwi i doszukiwalismy sie w ich zachowaniu podstepu i oszustwa. Ale po paru dniach nic takiego nie nastapilo. Wiec widzimy, ze ludzie sa tu naprawde bardzo serdeczni i pomocni bezinteresownie.
Na koniec optymistyczna prognoza dla chcacych wyjechac na wakacje. Jedno wyjscie weekendowe w Anglii kosztuje tyle samo co oplacenie hotelu w Tajlandii na dwa tygodnie.

piątek, 12 lutego 2010

Oj gdzie nas nie bylo? - Dzien 29

Tang Kuan Hill, Songkhla:














Amazing World of Animals, Hat Yai:








Brahma Statue, Hat Yai:






Bodhisattva Kuan Yim, Hat Yai:





czwartek, 11 lutego 2010

Incognito - Dzien 28

Bo tak sie wlasnie czujemy popylajac na naszej Hondzie. W koncu niezauwazani, nikt do nas nie macha. Zawsze bylismy dosc charakterystyczni, trzy maszerujace bialasy z wozkiem w kraju, gdzie kazdy zamiast chodzic jezdzi na skuterze/motorze a chodniki (jesli takowe wystepuja) porosniete sa trawa. Robilismy dziennie pieszo ok 10-15km, np do samej tylko plazy szlismy prawie godzine. A teraz? Postanowilismy tak jak miejscowi wszedzie docierac na dwoch kolkach. Roznica jest kolosalna. Wiatr we wlosach i muchy w zebach. Usmiechy nie schodza nam z twarzy. Wszedzie teraz sobie podjezdzamy, normalnie jak paniska jakies. Tego nam brakowalo:) Maksio ciagle wystawia raczki jak na motor i robi "brum brum!"
Zwiedzilismy dokladniej miasto, bardziej cieszac sie z faktu jazdy (i niechodzenia) niz z bycia gdzies indziej. Mamy juz mapy okolicy, wiec jutro ruszamy na podboj naszym rumakiem.
Moze slow kilka o ruchu ulicznym w Tajlandii, gdyz jest to sprawa ogromnie ciekawa i fascynujaca.

Przechodzenie przez ulice
Nie licz na to, ze jakis samochod czy motor zatrzyma sie, bo ty stoisz na poboczu i chcesz przejsc. Tak mozna czekac wieki. Nalezy po prostu z lekka rozejrzec sie, wyczuc odpowiedni moment i wniknac pomiedzy pojazdy w sposob plynny. Pod zadnym pozorem nie mozna sie zatrzymac na srodku ani cofnac. Idziemy krokiem powolnym acz stanowczym i nieprzerwanym. Zblizajace sie pojazdy widza ze nadchodzisz i omina cie plynnym ruchem. Nam juz ta sztuka wychodzi coraz lepiej. Na duzym skrzyzowaniu sa swiatla, ale nie dla pieszych, wiec przechodzac trzeba wiedziec, ktory pas samochodow i motorow stoi, ktory jedzie a ktory zaraz ruszy. Pieszy jest tu totalnie ignorowany a chodniki w pojeciu europejskim prawie nie istnieja. Ogromna wiekszosc ludzi przemieszcza sie na skuterach.

Jazda na skuterze
Znaki drogowe sa generalnie tylko sugestia. Najlepiej porownac to co sie dzieje na drodze do organizmu, wszystko jest zgrane, dopasowane i plynne, choc na pierwszy rzut oka wyglada to chaotycznie. Wszyscy na drodze wspolgraja ze soba. Istotna sprawa jest klakson, uzywany co chwila, choc tego jeszcze do konca nie rozszyfrowalem. Tak samo jak z przechodzeniem przez ulice, trzeba zdac sie na instynkt i "dac sie poniesc fali".
Nie ma to nic wspolnego z agresja w Polsce, gdzie kazdy sie pcha do przodu i zajezdza droge, czy z do bolu uprzejma jazda w Anglii. Tu jest inaczej.
Oczywiscie nasze skromne obserwacje sa oparte na dwoch miastach, Songkhla i Hat Yai. Jak jest gdzie indziej, zobaczymy:)

wtorek, 9 lutego 2010

Maksymilian idzie do szkoly - Dzien 27

Trzy dni temu zagadnela nas na ulicy pewna pani pytajac, czy nie szukamy przedszkola dla dziecka. Okazalo sie, ze jest nauczycielka w pobliskiej szkole. Po dluzszej rozmowie dostalismy zaproszenie:)
Dzisiejsze spotkanie bylo poprzedzone wspolnym lunchem, pozniej zostalismy oprowadzeni po szkole by nastepnie uczestniczyc w lekcji angielskiego dla 8-latkow. Byl to pierwszy dzien naszego syna w szkole, i do tego tajskiej! Lekcje prowadzil mlody irlandczyk, ktory dwa lata temu byl tu na wakacjach i tak mu sie zostalo. Dzieciaki byly troche skrepowane nasza obecnoscia, rozluznily sie gdy Maksio poczestowal je slodyczami:)
Niestety nasza wizyta przypadala na pore drzemki rowiesnikow Maksa, wiec wszystkie maluchy spaly na matach.
Zdziwieniem bylo dla nas, ze 8-latki maja po 6 godzin zajec dziennie, a jedna lekcja trwa 60 minut.
Szkola jest dosc skromna, ale bardzo czysta i schludna. Super sprawa jest basen w srodku! Wszyscy nauczyciele nosza rozowe (na czesc krola) koszulki polo z logo placowki, a uczniowie sa jednakowo ubrani w mundurki. Klasy licza sobie ok 10 osob.
Jednak Maksiowi szybko znudzilo sie siedzenie w lawce. Nasz syn chyba jeszcze nie dorosl do szkoly;)


lezakowanie:)



nauka angielskiego



na poczatku byla frajda, potem juz nie;)



Maksio rozdaje slodycze:)



lekcja tanca

poznana nauczycielka