piątek, 30 kwietnia 2010

Wywiady, autografy - Dzien 106

- Przepraszam pana, czy moglby pan ze mna chwile porozmawiac? - Zagadnal mnie chlopiec ladna poprawna angielszczyzna.
...
Wczoraj bylo piec godzin nieustannego marszu, dla profesjonalisty to nic, ale dla nas amatorow wielkie cos. A szczegolnie po miesiacu lezenia na plazy haha. Tak wiec dzis luzujemy sie.
Dlaczego nam sie tutaj tak podoba? Ludzie. Ciagle usmiechajacy sie, mili, pomocni, serdeczni, niesamowicie otwarci. Nikt nie probuje nas naciagnac na kase. Placimy tyle samo co miejscowi. No, moze czasami ktos chce zakombinowac, ale naprawde rzadko a my po Wietnamie szybko weszymy podstep;)
Inna sprawa, ze bialych turystow jest tu jak na lekarstwo. Nie ma tu nic stworzonego specjalnie pod bialasa. Wszystkie miejsca gdzie jadamy i chodzimy sa pelne tambylcow. Mozemy obserwowac codzienne zycie indonezyjczykow, co samo w sobie jest bardzo interesujace.
Smieszne jest to, ze co chwila spotykamy tych samych podroznikow. Wloszka spotkana w Medan cztery dni temu teraz mieszka w tym samym guesthousie co my. Dzis spotkalismy francuza, ktory jechal z nami do Bukit Lawang, byl tam na czterodniowym trekingu po dzungli. Koles naprawde hardcorowy, ma pasje. Wlasnie zszedl z wulkanu (wyruszyl o 4 rano) do miasta, byl razem z przewodnikiem, ktory chyba biedaczek, bo spocony caly, francuz go przegonil haha;) Pogadalismy o podrozach, jak to apetyt nigdy nie ustaje, ze nigdy dosc. Zyczylismy sobie powodzenia w dalszych wojazach i do zobaczenia gdzies na szlaku. Pozytywna postac.
Inna ciekawa rzecza jest to, ze mniej wiecej polowa spotkanych na trasie bialasow eksplorujacych Sumatre to samotnie podrozujace kobiety. My podziwiamy je za odwage i vice versa:)
Zwyczajowo udajemy sie na lokalny targ. Funduje sobie klapki typu dzizys, inaczej mowiac japonki, poprzednie poszly sobie gdzies a sandaly jednak nie sa dobre w tropiki. Nie wiem od czego to zalezy, chyba od ilosci opadow, ale papaya i ananasy sa tu ogromne! Duzo wieksze niz w Tajlandii. Zakupilem dzis jednego papaya, do tego arbuz, wielki kawal ciasta w rodzaju piaskowca i podwieczorek gotowy:) Skonsumowany na tarasie z widokiem na dachy Berastagi.
Spacerujac sobie bocznymi uliczkami zostajemy dwukrotnie zaczepieni przez dzieciaki. Czego chca? Zrobic wywiad. Ladna angielszczyzna zadaja pytania, skad jestesmy, ile mamy lat, gdzie sie urodzilismy, jakie jest nasze hobby itp. Nagrywaja wszystko na dyktafon i spisuja w zeszytach. Jest kupa smiechu, bo chca zebym zaspiewal piosenke. Na koniec wspolna fotografia. Po co to wszystko? Zadanie domowe od nauczyciela angielskiego. Imponujaca sprawa. Ja majac 10 lat nigdy w zyciu nie podszedlbym do zagranicznego turysty. Widac jest tu ogromny nacisk na nauke jezyka. Zeby tak bylo w naszej ojczyznie, na poczatek pominac gramatyke i mowic, mowic, mowic. Bo przeciez to wlasnie jest jezyk obcy.
Jeszcze jedno. Zielono tu. Zielen dzungli, bambusow i innych zarosli wprost poraza swa soczystoscia. To trzeba zobaczyc:)

PS. Dziekujemy za wszystkie mile komentarze:))) Wedlug naszych obliczen jest to siodmy tydzien:)

środa, 28 kwietnia 2010

Na zboczu krateru! - Dzien 105

Chlodny, sloneczny i rzeski poranek zapowiada upalny dzien. Jemy sniadanie, organizujemy szczegolowa mape okolicy, szykujemy prowiant, przyodziewamy nasze profesjonalne gorskie obuwie czyli trampersy i w droge. Lokalny bus podwozi nas kawalek, wykupujemy wejsciowke i wpisujemy sie do ksiegi co jest kwestia bezpieczenstwa i chyba statystyk, przed nami jest juz na szlaku para z Hiszpanii. Tak wiec tylko cztery osoby na trasie. Ha, a na Giewont sa kolejki. Stad juz dwie godziny marszu na szczyt. Gunung Sibayak liczy sobie 2095m. Po drodze nasza ciekawosc poteguje widziana w oddali wydobywajaca sie siarka. Z naszej szkolnej wiedzy to dobrze, bo jak gazy przestana sie ulatniac, swiadczy to o rychlej erupcji.
Trasa jest banalna, najpierw godzina asfaltem pod gore, czasem z gorki. Dookola najprawdziwsza dzungla, slychac porykiwania jakichs malp. Pozniej zaczyna sie konkretne podejscie pod gore, ale nawet tutaj zrobiona jest sciezka, schodki wyryte w kamieniu i wylany beton. Ostatni etap do krateru idzie sie po kamlulcach, ale tez latwo.
Pieknie tu i imponujaco. Krajobraz jak na innej planecie. Wielkie skaly, wydobywajace sie z sykiem gazy. Stoimy na krawedzi krateru. Podziwiamy. Czujemy sie tacy mali w obliczu potegi natury. Wszedzie roznosi sie zapach siarki, czyli po prostu wali zgnilym jajem. Dookola przepiekne widoki na okoliczne szczyty i plynace pomiedzy nimi chmury. Pogode mamy genialna, choc wczoraj padal deszcz i prognoza nie zapowiadala slonca na najblizsze cztery dni, tak wiec mamy szczescie.
Wracamy ta sama droga. Oczywiscie goraca zupka po drodze:)
Jestesmy wyrabani, bola nozki, oj bola... Kondycja zerowa haha.

PS. Dluzej nie mozemy ukrywac tego przed swiatem, mamy pasazera na gape. Dwie kreski na tescie swiadcza o tym dobitnie:)))

Zimno w tropikach - Dzien 104

To jest wlasnie dla nas fenomen. Zawsze nam sie wydawalo, ze jak sa tropiki to musi byc cieplo. Tu, w gorach jesli swieci slonce, to jest upal, jak sa chmury i pada deszcz to jest przenikliwie zimno. Przeczytanie zadnego przewodnika nie da tej wiedzy. Moga lac sie z ciebie ciurkiem krople potu a za chwile trzeba zalozyc ciepla bluze i dlugie spodnie. Zadziwiajace.
Male miasteczko Berastagi znajduje sie 1300m nad poziomem morza. Dzis schowane w chmurach. Po trzech miesiacach zaru z nieba (oprocz polnocy Wietnamu, tfu...) jest tu dla nas przepysznie chlodno i swiezo. Musielismy zalozyc polary, wow! Potrzebowalismy takiej ochlody:)
Dlaczego zawsze trafiamy na kierowce z ambicjami Kubicy? Zwykle autobus z Medan do Berastagi jedzie okolo 2h30min, nasz jechal 1h45min. Palac jednego papierosa za drugim wyprzedzal cale kolumny ciezarowek, w deszczu i na zakretach, czad:) Dodajmy do tego dudniaca muzyke i innych wspolpasazerow, rowniez palacych. Nie moglbym jezdzic tu na motorze. Narobilbym w gacie widzac jadacego na mnie szajbusa i zjezdzajacego na swoj pas w ostatniej chwili.
Po przyjezdzie jemy po talerzu goracego, parujacego tlustego rosolu z makaronem i kulkami miesnymi w barze razem z miejscowymi.
Standardowo Maksio robi furore:)
Standardowo szukamy noclegu.
Niestandardowo robimy Synkowi naszemu goraca herbate.
Goracy prysznic i spaciulki;)

wtorek, 27 kwietnia 2010

Orangutany, Bukit Lawang








poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Autobus jednak bez kurczakow - Dzien 103

Nie taki diabel straszny jak go maluja. I chyba o innym "diable" czytalismy, z innej czesci Indonezji. Jadac do Bukit Lawang widzielismy jakie autobusy jezdza na tej trasie. Calkiem normalne i prawie puste. Postanowilismy wiec pojechac takim wlasnie spowrotem do Medan.
Idziemy na stacje, oczywiscie nie wiemy dokladnie gdzie, i w poludnie w pelnym sloncu docieramy na miejsce okrezna droga. A mielismy wyjechac z samego rana, jak zwykle haha.
- Przepraszam, kiedy odjezdza ten autobus? - Pytam
- Za 20 minut, ale usiadzcie sobie tam w cieniu spokojnie i napijcie sie czegos, bo goraco jest, kierowca teraz je lunch.
Naprawde, tak milych i kulturalnych ludzi ciezko znalezc w dzisiejszym swiecie. Co chwila usmiechaja sie do nas, witaja sie, pytaja jak sie mamy, bezinteresownie, tak po prostu.
Dobra, jedziemy! Jak to wyglada? Zwyczajny autobus. Co go wyroznia? Bol uszu. Indonezyjski pop puszczony na caly regulator wlewa nam sie do malzowin, a oczy raczone sa teledyskami. Jesli mialbym uzyc okreslenia sztuka kiczu to odnosilaby sie wlasnie do tej muzyki i klipow. Przerysowane gesty, miny, tandetne efekty specjalne. Jednak bije od tego sama pozytywna energia. Nie sposob sie nie usmiechac widzac kurpulentnych panow podrygujacych w rytm muzyki i towarzyszace im panie. Banany nie schodza im z twarzy. Spiewaja sobie i tancza wesolo. Pasuje to do tego jak tu sie czujemy. Bo powoli zakochujemy sie w tym kraju, jestesmy tu tylko chwile, ale chyba ta chwila wystarczy.
Dojechalimy, ale do hotelu gdzie chcemy przenocowac, czyli tam gdzie bylismy ostatnio, jest jeszcze spory kawalek. Bierzemy lokalna odmiane taksowki. Zwykly motor z doczepiona z boku przyczepka. Na przyczepce laweczka. A na laweczce my. Nie pytajcie jak sie zabralismy z calym naszym dobytkiem, czyli z wozkiem, duzym plecakiem, nosidlem, i dwoma malymi plecakami. Powoli gonimy azjatow w sztuce upychania jak najwiekszej ilosci rzeczy na motorze:)
Z okazji urodzin zapraszam cala rodzinke do restauracji. Indonezyjska wersja wujka Ronalda wita nas milo:) Dorotka zajada zestaw BigMac, Maksio bawi sie na zjezdzalni a pozniej je lody z truskawkami:)
Jutro jedziemy zobaczyc aktywny wulkan, ba, nie tylko zobaczyc! Wejsc na sam szczyt! Ach przygoda przygoda, kazdej chwili szkoda:)))

niedziela, 25 kwietnia 2010

Karmienie orangutanow - Dzien 102

Tak wiec spelniamy marzenie Dorotki, urodzinowo, w dzien urodzin:)) Idziemy zobaczyc jak karmi sie orangutany. Wielkie sympatyczne czlekoksztaltne futrzaki zyjace na wolnosci w dzungli. Zyja same sobie w parku narodowym, lecz dwa razy dziennie sa dokarmiane i roztaczana jest nad nimi opieka. Jest ich tam okolo piec tysiecy, lecz na dokarmianie przychodzi niewiele. Byc moze jest to troche na sile, lecz podobno pieniadze ze wstepu (20tys za osobe plus 50tys za aparat fotograficzny) trafiaja bezposrednio na potrzeby rezerwatu, wiec ok. My bylismy tam o 9 rano, trzeba przejsc przez most i isc w gore rzeki by pozniej miejscowi w kajaku przywiazanym do liny przeciagneli nas na druga strone rzeki. Po kilku minutach marszu w gore zobaczylismy te piekne stworzenia z bliska, niestety bylo ich okolo pieciu, szesciu. Zajadaly banany i popijaly mleko z metalowego kubka:) Jak juz pojadly, to siedzialy wysoko w koronach drzew i widac bylo tylko rude futerko. W drodze powrotnej na naszym szlaku niespodzianka! Pojawila sie wielka samica ze swoim mlodym przyczepionym do jej grzbietu. Tuz obok nas! Slow brakuje zeby to opisac:) Zwykle takie zwierzeta widzimy w klatce metr na dwa, a tu przechadzaja sie gdzie chca:)
Mieszkamy na skraju dzungli przy rzece i ciekawa sprawa jest to, ze w ogole nie ma robactwa. Komarow praktycznie nie ma. Mozna usiasc na trawie bez obaw, ze cos nas oblezie, rzecz w Tajlandii niewykonalna, zaraz czerwone mrowki sie zbiegaly.
Pogoda tutaj - slonecznie, niebo troche zachmurzone, pada tylko pod wieczor i w nocy. Ale ta wilgotnosc! Leje sie z nas, obojetnie czy stoimy, lezymy czy idziemy.
Na koniec zaslyszana piosenka, melodia do "Jingle bells":
Jungle trek, jungle trek,
In Bukit Lawang.
See the monkey, see the bird,
See orangutan, hey!

PS. Jak tylko bede mial mozliwosc, to dodam zdjecia:)

Sympatyczni ludzie - Dzien 101

Naczytalismy sie sporo na temat indonezyjskich autobusow, chcielibysmy pojechac razem z kurczakami i karaluchami, ale nie z takim malym dzieckiem. Wiec wykupujemy transport do Bukit Lawang, prywatny samochod nas i pewnego francuza za 60tys od osoby wiezie na miejsce. Poczulismy sie jak w Polsce, toz to nasze dziurawe drogi! Ale kierowcy juz nie nasi. Oni sa crazy! Nie dosc, ze wszyscy jezdza szybko, dodajmy do tego slalom miedzy dziurami w drodze, wyprzedzanie na trzeciego i czwartego, jazda pod prad, zjezdzanie z przeciwnego pasa w ostatniej chwili unikajac czolowego zderzenia. Droga do celu jest dosc kreta. Mozna poczuc sie jak na karuzeli. To Dorotka jest bardziej wrazliwa pod tym wzgledem, zawsze ja mdli w autobusach i na lodkach, ale dzis padlo na mnie. Zerzygalem sie konkretnie kilogramem mandarynek. Wolalbym twixem, smakuje podobno tak samo w obie strony;) Ale cytrusow mam dosc na jakis czas czas:)
To co mozemy powiedziec po zaledwie dwoch dniach spedzonych tutaj, to ze ludzie sa przemili i otwarci. Sami zaczynaja rozmowe. Przedstawiaja sie z usmiechem, pytaja sie o imie (dla nas nowosc), o kraj z ktorego jestesmy. Mowia "Witamy w Indonezji". W ich jezyku nasz kraj to Polandia, ciekawe:) A jeszcze ciekawsza jest reakcja niektorych gdy slysza, ze jestesmy z Polski, mowia "aaa wasz prezydent zginal" po czym smieja sie, hmm ciekawe podejscie do sprawy. I zadziwiajaco duzo ludzi mowi bardzo dobrze po angielsku. Wszyscy sa rozspiewani, graja na gitarze. Sa usmiechnieci. Sa aktywni. Na przyklad mezczyzni tajowie i wietnamczycy glownie siedza w cieniu albo "leza jak wydymane k..." (Kto wie skad to cytat?:) A kobiety wykonuja wiekszosc prac. Tutaj faceci splywaja na wielkich oponach w dol rwacej rzeki, graja w pilke w pelnym sloncu - odmiana siatkowki, tylko ze mala lekka bambusowa pilke kopie sie nogami i odbija glowa.
Jesli chodzi o kobiety to zawsze widzielismy obraz muzulmanki z chusta na glowie jako kobiety powaznej, stonowanej. A tutaj? Usmiechniete, wesole, wyluzowane.
Stan majatkowy wielu ludzi tutaj jest podobny do tego z Wietnamu, lecz mentalnosc calkowicie inna. Wiec nie mozna powiedziec, ze to bieda generuje agresje. W Wietnamie (pisze tylko o polnocy, bo tam bylismy) wszyscy sa spieci, nerwowi, agresywni w swoim najaraniu na kase, sa tacy "ready to go". Warcza na siebie nawzajem.
Tutaj usmiechaja sie do siebie nawzajem.
Jak narazie w naszym prywatnym notowaniu Tajlandia jest na pierwszym miejscu, ale Indonezja po dwoch dniach juz na drugim, reszta gdzies dalej.

Ze slownika podroznika:
"Tirimakasi" - dziekuje. Odpowiada sie: "sama sama" - prosze bardzo.

Sumatra - Dzien 100

Dalismy sobie po jubileuszowym buziaku. Wow! To juz sto dni w podrozy. Nawet dla nas brzmi to imponujaco i zadziwiamy sie tym nieustannie.
Rano tradycyjnie sniadanko, kawka, shake tym razem jablkowy. Check out z On On Hotel. I w droge na lotnisko. Jest poludnie. Wlasnie jedziemy autobusem, Maksio przycina komara na kolanach Dorotki.
Samolot lini Air Asia zabiera nas z Phuket do Medan, tylko kilku bialasow na pokladzie. W ogole to tylko 1/4 miejsc zajeta. Maksio chodzi za reke ze stewardessami. I tak mija godzina lotu.
OK. Orzel wyladowal. Z dreszczykiem emocji, gotowi na poznawanie nowego. Indonezja wita nas...
Pamietam jak kiedys patrzylem na mape Azji na Sumatre. Bezmyslnie zastanawialem sie jak tam jest... A teraz tu jestem. Niesamowite.
Jutro jedziemy do Bukit Lawang.

PS1. AniuSz, czy bedziesz prowadzila bloga z podrozy? Byloby super poczytac relacje z Azji gdy my bedziemy juz w domu.

PS2. Chyba nie powinienem odpisywac na komentarze, nie wychodzi mi to i chyba zniechecam ludzi do siebie...

PS3. Do Honoraty, dzieki za ksiazke i towarzystwo

piątek, 23 kwietnia 2010

Czarna perla - Dzien 99

-Przepraszam madame - zwrocil sie do Dorotki mily pan - W jakim miesiacu sie pani urodzila?
-W kwietniu - odrzekla niepewnie ma konkubina
-Tak wiec pasuje do pani diament - rzekl ow pan
...
Wstalismy ciut lewa noga. Hotel ma klimat, ale co z tego jak w nocy strasznie glosno jest. Tluczenie garnkami, korzystanie z toalety, rozmowy slychac zza cienkich scian i chrobotania jakies. Co chwila tup tup tup albo inne atrakcje. Wiec smiesznie jest.
Jutro wylot do miejsca x:) i w zwiazku z tym musimy jakos zagospodarowac dzisiejszy dzien. Jedzac sniadanko i popijajac poranna kawe patrzymy na mape Phuket i myslimy co by tu zrobic. Na plaze jechac bez sensu, bo przeciez ostatni miesiac robilismy wielkie nic na plazy wlasnie. Wpadamy na pomysl, ze blisko z Phuket Town (gdzie wlasnie jestesmy) jest do zoo. Nie jestesmy wielkimi fanami zwierzat w klatkach, ale przynajmniej dzieciak popatrzy sobie na slonie i inne malpy a czas jakos zleci. Kierujemy swoje kroki w strone dworca autobusowego. Pytamy o transport do zoo, autobus tam zaden nie jedzie, ale stala sie rzecz ciekawa. Zostalismy natychmiast obskoczeni przez kierowcow tuk tukow i taksowkarzy. Od razu wydalo nam sie to podejrzane, dlaczego za tak niska cena (100B) kazdy chce nas tam zawiezc. Napalili sie kolesie. Pewnie chca nas wywiezc do sklepu z garniturami i maja z tego kupony na benzyne. My juz widzielismy rozne zachowania i wiemy mniej wiecej co z czym sie je. To akurat wydalo nam sie podejrzane. Wiec dziekujemy grzecznie acz stanowczo. Mowimy, ze idziemy do sklepu i odchodzimy. Na to oni biegna za nami "zawioze was do sklepu a potem do zoo, za te sama cene". Nieee. Mamy dosc. My mamy czas, my na spokojnie i bez nerwow.
Po pol godzinie spacerku przed siebie w kierunku trasy wylotowej i konsumowaniu arbuza, melona i papaya (nasz ulubiony zestaw:) dochodzimy do wniosku, ze jednak nie bedziemy lapac stopa tylko tuk tuka. Pierwszy lepszy zaspiewal sobie 400B czym doprowadzil nas do smiechu. Powiedzielismy, ze 100, koles szybko sie zgodzil a my wsiedlismy czujac, ze po drodze bedzie jakas niespodzianka.
I nie pomylilismy sie. Po kilku minutach jazdy facet zatrzymuje sie i pyta czy moze nas zawiezc w jedno miejsce, mamy wejsc i poogladac, nic nie musimy kupowac. A on ma z tego pieniadze. Przynajmniej szczery jest. Ok, co nam szkodzi. Mamy czas. Podwozi nas wiec do wielkiego gmachu. Wchodzimy nie majac pojecia co jest w srodku. Oczom naszym ukazuja sie elegancko wystrojone ogromne pomieszczenie, tysiace perel w naszyjnikach, kolczykach, pierscionkach. Diamenty, szafiry, rubiny, szmaragdy i wiele innych. Az w glowie sie kreci od tego wszystkiego. Nie jestem wielbicielem bizuterii ale to zrobilo na mnie wrazenie. Tu wlasnie dowiadujemy sie, ze kazdy miesiac ma swoj odpowiednik w kamieniu szlachetnym. Dorotki kwiecien to diament, a moj luty to skromny ametyst... Hmm... Szukam czarnych perel, sa! Ale nie... Poczekam z takim zakupem do nastepnej wyprawy. Mi marzy sie taka jedna czarna perla zawieszona na rzemyku na szyji, wyglada to dosc oryginalnie. Widzialem w tv, ze takie cos nosza surferzy i polawiacze perel na pacyfiku.
Zabieramy sie z tego przepychu. Nie stac nas;) Kierowca tuk tuka czeka na nas na parkingu. Bez przystankow juz dojezdzamy do zoo. Nie polecamy tego miejsca. Male to, obskurne i zardzewiale. Trzy slonie na krzyz, tygrys, sporo ptakow i kilka malp z choroba sieroca. Co chwila mozna zrobic sobie fotke z papuga, wezem, orangutanem albo nacpanym tygrysem. Kupilismy kisc bananow, zeby Maksio nakarmil slonia, dal mamie. Mama dala slonikowi jesc. Tata zrobil zdjecie. Maksio powiedzial "niee" po czym sam skonsumowal jednego banana. Jak juz wczesniej przypuszczalismy. Slonik fajny ale sztuczny albo na obrazku.
Maksio ucial sobie drzemke w wozku a ja dokonalem odkrycia na palmtopie - jest darmowe wifi! Szybko wiec rozlozylem sie ze sprzetem robiac sobie calkiem wygodna kafejke internetowa. Kazalem sobie przyniesc frytki oraz sprite, a co:)
Dorotka w tym czasie biega z aparatem po zoo i strzela fotki. Co chwila przybiega z placzem:
-Maniek! - chlip chlip - jakie te malpki sa biedne!

czwartek, 22 kwietnia 2010

On On Hotel - Dzien 98

-Oj Maniek, mam gdzies Leonarda di Caprio, w jakiejs dziurze bedziemy spac! - zloscila sie Dorotka
-Kochanie, ale ten hotel ma klimat - argumentowalem
Kto wie gdzie byl krecony film "The Beach" ten wie gdzie teraz jestesmy. Przemierzylismy Tajlandie ze wschodu na zachod. Dwanascie godzin w podrozy. Osiem srodkow transportu. Czemu tyle? Nie ma sensu probowac tego zrozumiec, to Azja. Grunt, ze przez ten caly czas Maks zachowywal sie wzorowo jak przystalo na malego podroznika. Trzy miesiace temu godzina w autobusie to byl koszmar, a teraz? Dziecko idealne:)
Taka podroz jest ciekawa sama w sobie. Wyglada to tak, ze kupuje sie transport w pierwszym lepszym biurze podrozy. Odbior spod hotelu, prom, bus, autokar, tuk tuk i co tam jeszcze. Mnie jako bialasa nic nie intersuje i nie doplacam juz ani grosza. Jestesmy przekladani z busa do busa, oznaczani nalepkami na koszulkach niczym bydlo, przewozeni na kolejny postoj, gdzie oczywiscie mozna cos zjesc - i dac zarobic kolejnym osobom. Ostatecznie dowozeni jestesmy na miejsce docelowe. Organizacji i wspolpracy moglibysmy uczyc sie od tajow latami.
Lecz Phuket nie jest naszym celem, jestesmy tu tylko przejazdem. Zabawimy tu jeden dzien a potem dalej w droge...

Zegnajcie bajeczne zachody slonca - Dzien 97

Jednak nie usiedzimy na miejscu. Zmieniamy plan dzialania. Totalnie. W nasze zastane turystyczno-plazowe ciala tchnelo znow podrozniczym duchem.
A gdzie i po co sie wybieramy? Miejsce pozostanie narazie tajemnica. Jedziemy spelnic pewne marzenie Dorotki. Tak urodzinowo:)
Jutro rano pobudka o 5.30 i w droge...

Widok z naszego tarasu. Tak zegna nas Koh Phangan

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Prawie jak Seszele - Dzien 96

I prawie w tym przypadku robi naprawde niewielka roznice... Dzis znow pomykalismy przez rajskie krajobrazy wyspy na rozowej maszynie marki Yamaha:) W celu oczywiscie kupna owocow na targu i przy okazji znalezlismy piekna, pusta plaze. Na mnie duze wrazenie zrobily ogromne glazy wystajace z wody. Polaczenie tego z przezroczyta, niebieskawa woda i bialym piaskiem tworzylo razem niesamowita kompozycje...






"Maniek, to polacy?" - Dzien 95

Zagadnela mnie Dorotka na plazy kilka dni temu slyszac nieopodal trojke innych bialasow. Jak sie okazalo, tak, rodacy. Dorotka sie ucieszyla, bo mogla pogadac po polsku z kims innym niz ja. Ja tez, ale mniej bo mam troche nature samotnika i spedzam doskonale czas w swoim wlasnym towarzystwie (i te glosy w glowie - niekonczace sie dyskusje filozoficzne haha). No wiec tak poznalismy Wiesie, Honie i Tomka. Milo spedzilismy czas na plazy gadajac o dupie maryni. Dla nas po trzech miesiacach podrozowania fajnie tak gebe do kogos innego otworzyc. Dla kogos kto jedzie na dwa tygodnie na wakacje taka potrzeba w ogole nie istnieje, wrecz przeciwnie. Ma sie ochote miec swoje wakacje dla siebie samego. Swoj wlasny odpoczynek po ciezkiej pracy. To tez rozumiemy. Przerobilismy to:)
...
Pewne przemyslenie mam rowniez: Azja na poczatku szokuje swoja innoscia od Zachodu, potrzeba troche czasu aby przywyknac i zmienic swoje postrzeganie swiata. Dopasowac sie do tego specyficznego, wolniejszego zreszta, rytmu. I zaakceptowac ten stan, w innym przypadku spedzanie wakacji w Azji moze byc dosc meczace. My coraz bardziej poddajemy sie tej atmosferze, ktora ciezko mi laikowi ubrac w slowa, coraz bardziej ja rozumiemy i zaczynamy wyczuwac. Kto byl w Azji troche dluzej ten doskonale mnie zrozumie. Moze to wlasnie nazywa sie "Zaczarowanie Orientem"?

Artysta rysownik - Dzien 94

Maksiowi zniknela wysypka, czyli jest ok.
Aparat dziala, czyli jest ok.
Ale dzis bedzie z innej beczki. Juz w Malezji w Cameron Highlands zakupilem kolorowanke i kredki dla Maksia. Na poczatku Synek nasz kredki zjadal i darl kartki. Po paru dniach pierwsza figura geometryczna, ktora go uczylem, czyli kolo, stala sie synonimem rysowania w ogole. Teraz wiec gdy Maksio chce porysowac mowi "kolo". Rysowanie jest dla niego czynnoscia pochlaniajaca calkowicie jego uwage. Bajka na dvd nudzi sie juz po trzech minutach, czekolady nie tknie, chipsow zje trzy kesy i juz chce robic cos innego. Ale rysowac moze godzinami. Kaze namalowac sobie na kartce wszystkie znane sobie zwierzeta i srodki komunikacji. Czyli pieska, kotka, myszke, rybke, jaszczurke, slonia, samochod, motor, pociag, helikopter i wiele innych. Na kazdy rysunek ma swoje wlasne okreslenia dzwieko-nasladowcze;) Dumni w sumie jestesmy, bo z tego co wiemy, dzieci w tym wieku raczej malo rysuja, wola zjesc czekolade i obejrzec bajke w tv. Tak wiec drogie Babcie bojcie sie o swoje meble i sciany, bo Maksio Artysta jest i wszedzie potrafi narysowac "kolo":)))

sobota, 17 kwietnia 2010

Resort z basenem? A to nowosc - Dzien 93

Jak juz wspominalem dzis jestesmy zmotoryzowani. Przegladamy mape i ustalamy trase. Jedziemy na poludnie przez Thongsala, pozniej droga na wschod zeby odbic w lewo i kierowac sie na wschodnie wybrzeze. Po dwudziestu minutach jazdy wglab wyspy okazuje sie, ze droga betonowa zamienia sie w zwykla ubita ziemie. Postanawiamy zawrocic, nasza rozowa jak landrynka Yamaha nie moze podolac takim terenom. Jedziemy wiec na poludniowo-wschodnie wybrzeze przez baaardzo gorzyste tereny, tak gorzyste, ze nasza maszyna raz nie dala rady. Dorotka z Maksiem musiala zejsc. Ja zawrocilem, rozpedzilem sie i sam pokonalem wzniesienie. W tym czasie moja rodzinka pokonala gore na nogach ledwo dyszac.
Tak oto dotarlismy na Hin Lor. W tych okolicach, calkiem niedaleko odbywa sie slynne Full Moon Party. Plaza kiepska, ale za to wbilismy sie na basen do resortu Coral Bungalows, haha bialy moze;) Przeciez to takie naturalne, ze bialas posrod innych bialasow wygrzewa sie na lezaku. Przeciez nikt nie zada nam pytania, czy my tu mieszkamy? Grunt to pewnosc siebie z pewna doza bezczelnosci. Tak wiec przez dwie godziny taplalismy sie w basenie, jedzac frytki i pijac rozcienczony woda shake. W towarzystwie popijajacych piwko anglikow. Jestem w stanie sobie wyobrazic, co tam sie dzieje wieczorem, impreza na calego. A nacja ta robi najwieksze burdy i bydlo na wakacjach za granica. Obsluga nauczona juz pewnych zachowan. Trzy razy musialem prosic sie o reszte. Tajowie we czterech gadaja miedzy soba i rzna glupa zerkajac na mnie. Ja czekam patrzac sie na nich. W koncu z ociaganiem oddaja mi pieniadze. Bo w tamtej restauracji placi sie przez jedzeniem, rzecz rzadko spotykana tutaj, w sumie nie dziwie sie, doprosic sie pozniej kasy od pijanego anglika.
Nic to. Posiedzieli my. Pojedli. Popili. I doszlismy do wniosku, ze hotel z basenem jeszcze nie dla nas. Maksiowi brodzik znudzil sie po chwili i biegal caly czas dookola duzego basenu i tylko tam chcial sie kapac. Nie praktyczne dla nas wcale, zamiast wypoczywac biegalibysmy pomiedzy lezakami za dzieckiem. Wolimy siedziec na pustej plazy, Maks biega gdzie chce, sam wchodzi do wody, robi babki z piasku albo kopie dolki. I fajnie jest.
Reasumujac nie jest to dobre miejsce dla rodzin z dziecmi, a przynajmniej dla dzieci aktywnych... Jedna rzecz nas zastanowila, dlaczego przez ten caly czas, czyli dwie godziny, nikt z siedzacych w basenie i raczacych sie litrami piwa nie skorzystal z toalety?! Hmm... dlatego tez wolimy morze:)
Zdjec niestety nie mamy, bo po mokro obchodzonym Nowym Roku nasz aparat Lumix suszy sie. Mamy nadzieje, ze bedzie dzialal. Zapomnialem w ogole powiedziec, ze mielismy rowniez podwodny aparat Olympus, byl wstrzaso-odporny, pylo-odporny, ale nie maksio-odporny, tak wiec juz w Malezji na Langkawi powiedzial dosc po tym, jak nauczyl sie latac.
Powrot na nasza plaze byl juz latwiejszy, bylo bardziej z gorki, niz pod gorke. Po drodze wstapilismy do tajskiego baru dla tambylcow, aby zjesc zupe (zamowic nalezy "Noodle Soup with chicken"). Tylko w takich miejscach mozna zasmakowac ekstra tresciwego rosolu z makaronem, swiezymi warzywami i miesem rozplywajacym sie w ustach. Pycha:) W restauracjach dla bialasow podaja wode z byle czym a nie zupe.
Dzien fajnie spedzony, aktywnie:) Tylko Maksio dostal wysypki po tym basenie. Chlor pewnie i inny syf. Mamy nadzieje, ze szybko mu zejdzie.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Czy bede kiedys walizkowcem? - Dzien 92

Na poczatek moze nasza prywatna definicja:
Walizkowiec - osobnik przyjezdzajacy na tygodniowe lub dwutygodniowe wakacje z walizka, korzysta z taksowek, jest ladnie ubrany i czesto ma wykupiony pakiet all inclusive w biurze podrozy w swoim kraju.
A my - trzy brudasy i... nie no zartuje;)
My tak walizkowo pojechalismy raz, na tydzien na Cape Verde. Raz, zeby zobaczyc z czym to sie je. I juz wiemy, ze nie dla nas piec gwiazdek. My musimy miec i czuc wolnosc, a czulismy sie tam jak zwierzeta w klatce. Niewazne, anyway (haha jestem trendy i wtracam angielskie slowka;) chcialem powiedziec, ze wyspa na ktorej sie znajdujemy rozni sie troche od miejsc, w ktorych bylismy. Praktycznie nie ma tu walizkowcow, ludzie sa fajni, nie ma snobow jak np na Koh Lanta.
Chyba juz nigdy nie bedziemy w/w walizkowcami, to nie w naszym stylu, my plecak na plecy i przed siebie, gdzie nas wzrok zaprowadzi:) Tak jest ciekawiej:) No chyba ze dzieciaki beda chcialy do Disney Landu jechac, a przeciez nie odmowie:)
Jutro na caly dzien mamy motor, i chcemy pojechac na wschod wyspy, czyli tam gdzie nas jeszcze nie bylo:) A za kilka dni spadamy stad. Zmierzamy powoli na poludnie, w kierunku Malezji, zeby dojechac do Kuala Lumpur. Zrobimy sobie jakies przystanki po drodze, ale gdzie to jeszcze nie wiemy. Dyskusje trwaja:)
Musze jeszcze cos wtracic. Wyspa Koh Phangan, Plaza Haad Yao, J.B.HUT Bungalows - czyli gdzie sie aktualnie znajdujemy. Jest to najlepsze miejsce gdzie dotad bylismy. Najlepsze pod wieloma wzgledami. Ludzie super, widoczki piekne, plaza najladniejsza jaka widzielismy, kolorowe rybki plywaja tuz przy brzegu w przezroczystej cieplej wodzie. Dla nas raj. A juz troche miejsc widzielismy i nielatwo nas zadowolic, oj wybredni i zepsuci sie stalismy;) A tak na powaznie to naprawde POLECAMY to miejsce.

PS. Wiem, ze jest licznik odwiedzin na stronie, sam go nawet zainstalowalem;) Ale jednak komentarze sa bardziej ludzkie niz cyferki. Dzieki Wam za mile slowa:) Na pewno nie przestane pisac, o to sie nie martwcie:)

Trzy miesiace minely... - Dzien 91

...niczym chwila. Tak tak, to juz tyle czasu jestesmy w podrozy. Pamietamy pierwszy dzien jakby to bylo wczoraj. Czas leci strasznie szybko. Za nami wiele wspanialych chwil. Pisze jakby to byl juz koniec, bo coraz czesciej rozmyslamy jak to bedzie po powrocie. Choc przed nami jeszcze trzy tygodnie, to mamy poczucie, jakby cos sie konczylo. Nie jest to juz beztroskie uczucie jak na samym poczatku, gdy mielismy perspektywe kilku miesiecy. Chlodniemy kazda chwile jak tylko sie da. Kazdy promyk slonca jest na wage zlota. Kazde spojrzenie na wode jak z pocztowki. Doceniamy kazdy dzien, bo wiemy, ze juz niedlugo czeka nas duzo ciezkiej pracy. Ale jak to powiedzial nasz znajomy: "Zlapalismy podmuch", wiec wszystkie nasze dzialania beda podporzadkowane nastepnemu wyjazdowi. A gdzie to bedzie to sami jeszcze nie wiemy. Mamy tysiac pomyslow dziennie, wiec czas pokaze.
Chcialbym zaznaczyc, ze cena naszej wyprawy to nie tylko pieniadze. Cena ktora placimy to stres zwiazany z zaczynaniem wszystkiego od nowa. Cena to zostawienie wszystkiego za soba. Cena to paletanie sie przed wyjazdem przez szesc tygodni bez swojego kata po zimnej angielskiej krainie. Bylo nam wtedy ciezko, zostawic tak cale nasze dotychczasowe wygodne zycie, mielismy rozterki, czy dobrze robimy? Jak sie okazuje byla i jest to cena ktora po tysiackroc warto zaplacic.
Czlowiek jest jednak z natury zwierzeciem stadnym. Potrzebuje miec pewna przynaleznosc do miejsca i ludzi, np swoj dom lub chociaz pokoj, te sama prace, tych samych znajomych, te same schematy zachowan, dzien w dzien. To daje poczucie przynaleznosci do czegos i zwiazane z tym poczucie bezpieczenstwa.
My wyzbylismy sie tego wszystkiego na wlasne zyczenie. Rzucilismy wszystko i pojechalismy w nieznane.
Wyrzeczenie sie tego spowodowalo, ze podczas tej podrozy znalezlismy swoj dom i swoje miejsce na tym swiecie w sobie nawzajem. Obojetnie gdzie teraz pojedziemy, jestesmy razem i to jest dla nas fundamentem, mocniejszym niz zelazo i beton.
Spedzamy ze soba 24h na dobe, 7 dni w tygodniu, poswiecamy 100% czasu naszemu dziecku, rzecz normalnie nieosiagalna a dla nas teraz jest norma na ktora nigdy nie moglibysmy sobie pozwolic. Widzimy jakie postepy robi nasz syn, jak sie rozwija, to jest piekne. Wyciszyl sie bardzo. Nie jest juz taki nerwowy. Jednoczesnie jest bardziej usmiechniety. Tego wspolnie spedzonego czasu nikt nam nie zabierze.
Kazdemu zyczymy takiej przygody. Jesli ktos ma na tyle odwagi, by wyruszyc w swiat ze swoim malenstwem, polecamy. Rzecz wartosciowa i jednoczesnie bezcenna...

środa, 14 kwietnia 2010

Happy New Year! Po raz trzeci:) - Dzien 90

Tak sie zlozylo w ostatnich czterech miesiacach, ze po raz trzeci obchodzimy Nowy Rok. Najpierw w Europie, wiadomo kiedy;) Nastepnie 14 lutego Chinski Nowy Rok, a dzis 13 kwietnia Tajski Nowy Rok, znany pod nazwa Songkran.
Istne szalenstwo!





Zaczyna sie wszystko rano. Dosc niewinnie zreszta. Dzieciaki szykuja sprzet: karabiny na wode, wiadra i miseczki, weze ogrodowe i inne psikawki. Cel: zmoczyc do suchej nitki wszystkich dookola. Skad my to znamy? Przeciez to nasz polski smingus dyngus. Z ta mala roznica, ze tutaj jest 30st w cieniu... Poranny czas mozna nazwac beztroskim polewaniem ludzi mala iloscia wody. Ciekawa sprawa jest smarowanie twarzy woda z rozpuszczonym talkiem. Woda wysycha i zostaje bialy puder. Cos jak indianie idacy na polowanie. Czasem mozna dostac chlust z taka woda, i zamiast ladnych wzorkow mamy biale plamy  na calym ciele.







Natomiast poznym popoludniem sprawa zaczyna robic sie bardziej powazna. Na ulicach kraza wolno pickupy pelne uchachanych osobnikow uzbrojonych w stulitrowe baniaki z woda i miski. Dodajmy do tego glosna muzyke plynaca z samochodow i ludzi tanczacych na ulicy. Kazdy pije piwo. Kazdy polewa wszystkich dookola. Impreza na calego az do upadlego...
A teraz my:)
Rano jedziemy motorem na pobliska plaze, zaliczamy pare chlustow od dzieci. Jest sielanka i duzo smiechu. Zreszta po kilku minutach ubranie calkowicie wysycha.
Jest godzina 16, nieswiadomi zagrozenia postanawiamy podjechac do Thongsala po owoce. I tu zaczynaja sie blokady na drogach. Miejscowi robia wszystko, zeby zatrzymac nasz motor, lub chociaz go spowolnic. Na przyklad klada sie na drodze... Nie ma szans ujsc na sucho. Nie byloby to takie zle, gdyby nie to, ze do miasta mielismy spory kawalek, a takie blokady byly co 200 metrow. Zaczelo robic sie nieciekawie, bo Maks plakal i zaczal trzasc sie z zimna, polewany co chwila zimna woda. Wiec dla nas zabawa sie skonczyla. Starajac sie unikac kolejnych atakow dotarlismy jakos do miasta. To, co tu ujrzelismy bylo dla nas szokiem. Miasto totalnie zakorkowane przez pelne rozbawionych, pijanych i przemoczonych ludzi tanczacych w rytm muzyki. Wiedzielismy, ze spierdzielamy stad jak najszybciej. Owoce poszly w zapomnienie. Osuszylem i ogrzalem Maksia:

Szczescie, ze duzo jezdzimy po wyspie i znamy juz wiele roznych tras, bo wrocilismy znanym juz skrotem. Prowadzil on poprzez lubiane przez nas bezludzia. Co nas uratowalo od kolejnych wodnych atakow.

I znow brak weny;) - Dzien 89

Nie chce mi sie za bardzo ostatnio pisac. Dlaczego?
Po pierwsze ostatnie tygodnie spedzamy dosc stacjonarnie, glownie ze wzgledu na Maksia, i nie ma za bardzo o czym pisac. Wylegujemy sie na plazy, ot co.
Po drugie mam wrazenie jakbym pisal sam dla siebie, w pusta przestrzen. Nie ma praktycznie zadnych komentarzy, wiec czuje sie mniej zobligowany do systematycznych codziennych wpisow. Koniec koncow blog ten jest i bedzie dla nas wspaniala pamiatka na cale zycie.

Czy smutno nam? - Dzien 88

Chyba nie...
My zyjemy jakby w rownoleglym wszechswiecie...
Nie czytamy portali informacyjnych, wiec biezace wydarzenia z naszego rodzimego kraju doplynely do nas ze sporym opoznieniem.
Oczywiscie jest to wielka tragedia, tylko dlaczego ja widze hipokryzje? Para prezydencka byla ciagle wysmiewana, a teraz? Nagle wszyscy wychwalaja ich, wynosza na piedestaly. A nie pamieta sie juz jak kompromitowali Polske na forum miedzynarodowym.
Kazda katastrofa niesie ze soba smutek i zal. Ile dzieci codziennie umiera z glodu? Ile osob ginie na drogach? Ile osob zamarza na smierc? Ile osob ginie w kataklizmach?
Czy naprawde ci wszyscy placzacy teraz ludzie szanowali i podziwiali tych co zgineli? Byli wam bliscy? Naprawde...?
Czy to jest tylko powod, aby sie umartwiac...?
Czy Polski narod kiedys przestanie byc "Chrystusem Narodow"?
Czy ludzie ktorzy gina codziennie sa mniej wartrosciowi od polskich politykow?
Gdyby wszyscy obywatele jednoczyli sie nie w bolu i placzu tylko w szczesciu, odnoszeniu sukcesu i dazeniu do lepszego jutra, to juz dawno Polska bylaby swiatowym mocarstwem.
Pewnie wielu z Was nie zgadza sie z naszymi pogladami. Jest to nasze subiektywne odczucie, ktore po prostu musielismy tu napisac.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Film o Wietnamie - Dzien 87

W gorace dni wspominamy chlodne wietnamskie czasy... Niemile wpomnienia powoli zanikaja i pozostaja tylko te pozytywne:)

sobota, 10 kwietnia 2010

Nakarmisz slonia? Nie!!! - Dzien 86

Jestesmy chyba uzaleznieni od tego specyficznego poczucia wolnosci jaka daje jazda na motorze. Dzis tez jestesmy mobilni:) Zjechalismy juz cale zachodnie wybrzeze i caly srodek wyspy. W wiekszosci jest to kreta droga, wyspa jest bardzo gorzysta, wiec trasa ciagle wiedzie w gore i w dol. Dookola tylko palmy i zarosla. Uwielbiamy to. Jechac przed siebie. My i trasa przed nami…
Wybralismy sie specjalnie w miejsce, gdzie Maksio niedawno karmil slonia. Jednak Synkowi naszemu niezbyt spodobal sie pomysl ponownego karmienia tego ogromnego ssaka. Darl sie, ze nie chce. Jak na razie to wniosek jest taki, ze slonie sa super, ale tylko z daleka albo na obrazku.
Do zwiedzenia zostalo tylko wschodnie wybrzeze, ale droga tam prowadzi przez miasteczko Thongsala, a tam jest policja, ktora zatrzymuje Bialasow na morotkach… Na przyklad dzis popoludniu jedziemy sobie droga w strone tego miasteczka wlasnie. Cos mnie tknelo, zwolnilem. Patrze, a tam 200 metrow dalej policjant zatrzymuje bialasa. Powolutku zawrocilem i pojechalismy z powrotem w odludne rejony...

Rybka Nemo - Dzien 85

Na naszej plazy, Haad Yao, juz kilkanascie metrow od brzegu plywaja kolorowe rybki. Zakladam maske i podziwiam zolto-czarnych kuzynow rybki Nemo. Ciekawskie stworzenia mieniace sie kolorami teczy podplywaja tuz do mnie, ale jak tylko rusze reka, czmychaja… niesamowite doswiadczenie. Trzeba zrobic w przyszlosci kurs nurkowania. Koniecznie.
W ogole musze powiedziec, ze jak jestesmy na plazy, to wiecej czasu spedzamy w wodzie niz na ladzie. Niebawem zaczna nam rosnac blony miedzy palcami, tak jak u zaby:)
Musze tez wspomniec o jednostronnej milosci 3 letniej francuzki Leili do Maksia;) Ciagle zabiera mu wiaderko i lopatke, i zaczepia Synka naszego, a on peszy sie i przytula do mamy;) Niesmialy jak ojciec;))) Stwierdzila rowniez, ze z checia przeprowadzi sie specjalnie dla ukochanego do Polski. Z rodzicami Leili wymienilismy doswiadczenia podroznicze. Oni rowniez byli w Wietnamie (rok temu) z dwuletnim wowczas dzieckiem. Dziewczynka przez piec dni miala biegunke i wymiotowala, az wyladowali w szpitalu. Wiec ich wspomnienia z Wietnamu sa podobne do naszych.
Podrozujemy od prawie trzech miesiecy i jak na razie caly czas mamy piekna pogode. Tylko na Koh Samui nawiedzily nas trzy dni deszczowe i w Cameron Highlands czasem pod wieczor i w nocy padalo. No i jedna wielka ulewa w Bangkoku (15 minut sciany deszczu). A tak to non stop slonko.
Moze slow pare o wyspie Koh Phangan. Pod wzgledem geograficzno-widoczkowym wyglada to tak: Droga wzdłuz wybrzeza, dlugo dlugo nic a potem kilka resortow, restauracje, sklep i znow dlugo dlugo nic. Jadac trasa z polnocy na poludnie srodkiem wyspy jest samo nic, to znaczy droga i bujna roslinnosc dookola. Na poludniowo-zachodnim wybrzezu znajduje sie male miasteczko Thongsala, ktore skupia wszystkie najwazniejsze rzeczy typu bank, szpital, port, tesco, targ nocny itp.
Wszyscy ludzie spotkani tutaj sa mili, spokojni i wyluzowani. Nie ma takiej pazernosci na kase, ktora dalo sie latwo zauwazyc na prawie kazdym kroku na Lamai Beach na Koh Samui, gdy nie dalo sie napiwku usmiechy szybko znikaly z twarzy zblazowanych kelnerek - oczywiscie nie zawsze i nie wszedzie, ale czesto. Tu jest inaczej, zycie plynie wolniejszym, spokojniejszym tempem. Z drugiej strony jest to najdrozsze miejsce w Tajlandii w jakim do tej pory bylismy. Ceny wszystkiego sa wyzsze niz na stalym ladzie o okolo 20-30 procent. Takie chyba prawo malej rajskiej wyspy... Ale warto, szczerze polecamy:)

A wodospadu brak - Dzien 84

Dzis do godziny 16 mamy skuter, tak wiec rano odbywamy wycieczke do Tesco:) zeby jeszcze bardziej zapelnic lodowke, bo na zadupiu mieszkamy. To nie w naszym stylu mieszkac tak daleko od jakiejkolwiek infrastruktury. My jestesmy jak turkucie podjadki, co chwila lubimy cos przekasic;) Wiec gdy mieszkamy tam, gdzie jest duzo restauracji, barow, sklepow i widzimy jakis sklep wlasnie to ma miejsce nastepujaca wymiana zdan:
- Kochanie, tu jest sklep - mowi Dorotka
- A cos konkretnego potrzebujemy? - pytam
- Nie, ale zawsze mozna wstapic – odpowiada z usmiechem Dorotka
No i wychodzimy z siatka pelna roznych lakoci:)

Pozniej jedziemy na polnocno-zachodni rog wyspy i tam spedzamy ladnych pare godzin taplajac sie w wodzie. Do oddalonej o kilkadziescia metrow malej wysepki Koh Ma prowadzi waski pas piasku, wyglada to naprawde spektakularnie, lecz tylko w porze przyplywu.
Nastepnie jedziemy przed siebie, tak po prostu. Widzimy znak. Wodospad. Ok, skrecamy. Parkujemy. Spacerek. A tu zonk. Sa wielkie kamienie, ale wody brak. Obecnie jest pora sucha-goraca, wiec domyslamy sie, ze to wlasnie dlatego…

PS. Odpowiadajac na komentarz, wracamy do Polski, zeby odwiedzic Dziadkow i znajomych. W Polsce wielkich perspektyw nie mamy, zreszta juz to przerobilismy. Nie urazajac nikogo, stac by nas bylo pewnie na europejska enklawe czyli Egipt raz do roku. Do Anglii jedziemy pod koniec maja i zaczynamy wszystko od nowa. Prawie od nowa, bo troche garnkow, talerzy i ciuchow mamy porozwlekane po znajomych:)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Alesmy zaparkowali, WOW!!! - Dzien 83

Czas do poludnia spedzalismy mniej wiecej tak:






Jak widac na zalaczonych obrazkach jest to przepiekne miejsce. Najpiekniejsza woda jaka widzielismy, cudnie przejrzysta i nieprzyzwoicie ciepla. Mialki i bialy jak maka piasek. Rybki na wyciagniecie reki. Jakby przeniesc sie do krajobrazu z idealnej pocztowki. Az nam sie czasem wierzyc nie chce, ze tu jestesmy...
Po poludniu wypozyczamy skuter, jest to koniecznosc, gdyz na naszej plazy jest kilka resortow i restauracji i jeden maly drogi sklep. I to wszystko. Jedziemy wiec na zakupy:) Hurra! Zapelniamy nasza lodowke deserkami, jogurtami, szyneczka, owocami i oczywiscie lodami:)
I tak jak lubimy, jedziemy przed siebie droga na polnoc, zobaczyc co jest dalej. I cosmy ujrzeli? Slonie! Natychmiast zatrzymujemy sie, zeby Maksio mogl sie z bliska przyjrzec tym wielkim zwierzakom. Okazuje sie, ze za niewielka oplata mozna nakarmic bananami malego slonika. Synek nasz boi sie troche a ja czuje sie dosc nieswojo, bo ta traba taka duza i tak raptownie niucha wszystko haha.


W ogole ostatnio jak Maksio widzi gdzies slonia na zdjeciu to macha reka jak slon traba i mowi: "Uuuuuu!". Tak wiec teraz, gdy po raz pierwszy w zyciu nakaramil slonia przezywa to bardzo.
- Maksiu, jak karmiles slonia? - pytam sie go
- Uuuuuuu! Aam! - odpowiada, machajac reka i wkladajac sobie palce do buzi

Jest godzina 19.00, slonce chowa sie powoli za horyzont, robi sie ciemno, idziemy na wieczorny spacerek na plaze. Niespodziewanie konczy sie to 20 minutowa kapiela w cieplej jak w wannie wodzie:)


Wladca pilota - Dzien 82

O 10.30 spod naszego hotelu zabiera nas minibus, po 25 minutach jestesmy w porcie, czekamy godzinke na prom, w miedzyczasie smazony ryz z kurczakiem i warzywami, a co:) Prom bardzo szybki, bo w 20 minut zabiera nas na sasiednia wyspe Koh Phangan lezaca na polnoc od Koh Samui.


brzuszek juz pelny, a w tle nasz prom

Wysiadamy, jak zwykle juz mijamy grupe naganiaczy, grzecznie acz stanowczo odmawiamy (dobrze ze to nie Wietnam, bo juz nie bylbym mily;) Ale po co nam od razu taksowka czy zakwaterowanie? Spokojnie, trzeba sie rozejrzec. Wiec my jak to my idziemy przed siebie droga. Nawet nie machamy reka na stopa, ale i tak po chwili zatrzymuje sie samochod i proponuje podwozke. Jak fajnie:) Tak oto znajdujemy sie na zachodnim wybrzezu wyspy, na plazy Haad Yao. Zatrzymujemy sie w pierwszej lepszej restauracji, zeby ochlonac troche, zjesc cos i napic sie, bo przeciez strasznie sie zmeczylismy podroza haha. Tak sobie siedzimy, popijamy shake kokosowy i bananowy. Rozmawiamy z bardzo sympatyczna wlascicielka, Maksio dokazuje, najwyrazniej dobrze mu tu. Coraz bardziej nie chce nam sie juz ruszyc z miejsca. Kobieta proponuje nam swoje bungalowy. Czemu nie, spojrzec mozemy:) I spojrzelismy. I zostalismy. Na dwa tygodnie:))) Nasz domek ma widok na morze i wielki balkon z rozwieszonym hamakiem. Musze tu wspomniec o pewnej zaistnialej sytuacji. Cos, co stalo sie po raz pierwszy w naszej wyprawie. Otoz mielismy zaniesc nasze bagaze do domku, wolamy Maksia a on nic, nie chce z nami isc. Woli zostac z sympatyczna wlascicielka (naprawde mila, ciepla kobieta) i ogladac bajki, ktore mu przed chwila wlaczyla. Wiec my robimy test, zostawiamy go samego na 15 minut. Wracamy i taki oto widok zastajemy:

nie za wygodnie mu?! ;)))

Tak wiec zostawilismy naszego Synka samego i czul sie super, nawet nie zauwazyl dran, ze nas nie ma. To moze tylko dobrze swiadczyc o rodzinie, ktora tu mieszka. Dziecka nie oszuka sie sztucznym usmiechem.


Pozne popoludnie i wieczor spedzamy na pieknej plazy. Wiem wiem, tandetne zdjecie, ale nie moglem sie powstrzymac. Tak tu ladnie... Dobranoc:)

Surferem bede;) - Dzien 81

Haha, a jednak ciagle tu jestesmy, kupilem wlasnie jeszcze jeden nocleg... Ale jutro na pewno jedziemy dalej;)
Dzis sa wielkie fale, takie po poltora metra. Musimy bardzo uwazac, bo Maksio juz kompletnie nie boi sie wody, co wiecej, sam wchodzi w te fale:) Skaczemy razem do gory i cieszy sie nasz Synek ogromnie, tak, ze az piszczy z radosci:)
- Wiesz Kochanie, w poprzednim zyciu chyba bylem surferem! - krzyknalem do Dorotki przeskakujac kolejna fale
- Taa jasne, i fal sie boisz... - zgasila mnie Konkubina moja
Tak to bawiac sie doskonale spedzamy ostatni dzien na Koh Samui, bowiem przed chwila kupilismy transport na wyspe Koh Phangan. Teraz juz nie mamy wyjscia, trzeba ruszyc w dalsza droge:) Obsluga hotelu gdzie mieszkamy na pewno ucieszy sie, ze juz sobie jedziemy. Pewnie maja nas dosc;)
Ciekawa sprawa, bo im dluzej zostajemy w jednym miejscu tym ciezej nam jest ruszyc sie gdzies dalej. I choc wiemy, ze mamy juz dosc tych samych knajp, sklepow, ludzi, to zwyczajnie lenia czlowiek zalapuje i trudno podjac decyzje o zmianie.

PS. Zyczymy wszystkim naszym Czytelnikom Radosnych Swiat Wielkanocnych. My w tym roku swiat w ogole nie czujemy, nie obchodzimy i nie jest nam z tego powodu smutno. Mokrego smigusa wiec moi mili:)))

sobota, 3 kwietnia 2010

Motorek? Nie.. - Dzien 80

Wiem wiem wiem... ostatnio cicho sie zrobilo na naszym blogu. Ale to tylko dlatego, ze od dwoch tygodni ROBIMY NIC. Nasz plan dnia jest nastepujacy:
- sniadanko
- zabawa na plazy
- przekaska
- Maksio drzemkuje a my w tym czasie posmarowani oliwka dla niemowlat smazymy sie
- Maksio budzi sie
- lekki lunch
- zabawa na plazy
- obiado-kolacja
- prysznic
- zabawa w ogrodzie oraz rysowanie pieskow, zabek, rybek i innych zwierzatek
- przekaska
- szykowanie sie do snu, opowiadam Maksiowi bajki

Mielismy sie troche zaktywizowac, czyli wziaz motorek i objechac wyspe. Lecz po glebszym poznaniu tematu motorkowi powiedzielismy stanowcze nie! A dlaczego?
Po pierwsze powszechne tu sa kradzieze skuterow przez wlascicieli wypozyczalni i wyludzanie ogromnych sum pieniedzy. Wyglada to tak: Po zaparkowaniu gdzies na wyspie nieswiadomy niczego turysta idzie sobie cos zwiedzac, w tym czasie wlasciciel wypozyczalni odjezdza jego motorem dzieki zapasowym kluczykom. Turysta przestraszony i zestresowany musi zaplacic cala wartosc motoru, zeby odzyskac paszport, ktory dal w zastaw. Po drugie skorumpowana policja wlepia za wszystko mandaty. Gdy zlapia cie bez kasku, mandat. Bo w wypozyczalni kasku ci nie dadza, chyba ze poprosisz. Jak masz kask to nie masz prawa jazdy, bo przeciez do jazdy takim skuterem potrzebny jest tylko paszport. Jak masz kask i prawko, to tez mandat, bo jechales za szybko... Coz, urok miejsca turystycznego. Tak wiec piszemy to ku przestrodze, jesli masz ochote wynajac motor po pierwsze nie zostawiaj paszportu, a po drugie zaopatrz sie w swoja wlasna klodke i lancuch.
Skoro opcja motoru nam odpadla, pomyslelismy, ze mozna pojezdzic rowerem. Jednak nikt nie mial krzeselka dla naszego Titosza.
Wiec luzujemy sie na nasz wlasny sposob. Jak napisala Dorotka spedzamy czas ze soba i to jest dla nas najwieksza wartoscia:)
PS. Jutro w planie wyjazd na pobliska wyspe Koh Phangan, zobaczymy co z tego wyjdzie hehe, kolejne trzy dni tutaj czy jednak zdobedziemy sie na ruszenie tylka z miejsca

Sielankowo jest lalala - Dzien 79

Maksio glaszcze mlodego slonika

treking na sloniu;)

w drodze na wodospad

fajne to, ale bez przesady

wesola rodzinka;)

Maksiu, jak robi slon? Uuuuuuuuu

na wczasach.... opalamy sie:)))

lubie swoj dolek z woda...

...co chwila skacze do niego

...i plywam, nawet bez wody;)

wesola rodzinka ciag dalszy:)

wakacje pod palmami:)))

wesola rodzinka ciag dalszy:) ale nudno co? ;)))

ananasa poprosze!

pycha:)

zamyslony...

nasza ulubiona zabawa:)

zimny shake bananowy dla ochlody, tez pycha:)

coraz odwazniejszy nasz Synek jest, pomyslec, ze w ogole bal sie wejsc do wody dwa miesiace temu